A wyjdę sobie po angielsku…

Świetnie ujął problematykę ludzko-psiej relacji w dzisiejszych czasach autor bloga, który zawieszony jest o, tutaj. W zasadzie nic odkrywczego i z pewnością to rzeczy oczywiste dla każdego, kto tu zajrzy (a może ja podrzucę adres Bonkersowego właścicielce dwóch popapranych, jazgoczących pseudojamników z parteru, co Wy na to ? ;))), ale chyba warto o nich krzyczeć co jakiś czas. Znów wpis o mało pozytywnym wydźwięku, wiem i wcale nie jest mi z tym dobrze, tym bardziej, że moja z psem współpraca przebiega znakomicie i zakochuję się w nim jeszcze mocniej i mocniej z każdym dniem. Ciekawe, czy on o tym wie :)

There is a silent and dangerous trend that has permeated the dog world for as long as dogs have switched over to companion animals. Hundreds of years ago dogs started the move from work and function to purely companion as their jobs were replaced.

Although I consider it a form of abuse, it most often happens with dogs in the most well meaning homes. Many people do not even realize what they are doing to their dogs. But often they are loving their dogs stupid. This incendiary process is unlike any other, as it does not involve neglect or mistreatment as we know it. In our overly human desire to give them the best in sharing our lives, people indulge the dog in every way…….. but neglect that we owe them a BRAIN. This irritates me to no end.

How do you assume any creature, when brought out of its own private environment, would not need education about the new environment???. Imagine moving to a foreign country and instead of helping you learn what to do in your new environment, all the locals did was hugged, kissed and fed you. They also gave you multiple choice on where the bathroom might be, never directing you, but bringing you to all these places. Then they yelled if you chose the wrong one……. Pretty useless?? Or if you raised a child and held that child in your arms till he/she were 21 years old…..no school, no friends, just there for YOU to love. Educational awareness of what is expected behavior and response, is the hallmark of what we owe the dog. To do anything else is to hold a dog captive for our own pleasure, like the proverbial “bird in a gilded cage”. These are unique beings that deserve to be the best they can be, like anything else on earth.

The dangerous part of the “dumbing of the dogs” is that their safety is compromised by not being trained and taught language. Response to commands is a safety mechanism and a structural mechanism for good behavior in the community. These dogs get hit by cars, bite people for lack of socialization, end up in shelters for not understanding appropriate behavior. Why? All for the benefit of the human who decided the dog was there to fill a void in that persons life or simply was not putting the dogs needs before their own. Thereby denying the dog a life of his own, and in the worse case scenario causing them their lives.

Having a dog is no different than having a child. Teaching manners, setting rules, giving love through learning and preparing them for the world is what we do for our kids. So the oddest thing to me is that most people who “dumb their dogs” truly may love them, treat them like family, but in a negative way. Why not give them the true family experience…… independence, structure and SMARTS. The reason animals have the ability to learn is because it is essential to their survival. And frankly, it is their RIGHT to learn.

We as dog owners owe the dog the chance to learn as much as possible. They didn’t ask to be taken home and used as a surrogate for a missing child, boyfriend, girlfriend, babe magnet, or any other person missing in our lives. This is on their “Bill of Dog Rights”. “I am to be trained and taught” is something we all signed on for. Their lives often depend on it. Not only should they learn….but they should learn as much as they can. Most dogs in shelters and rescues are there for no other reason than simply never being taught how to act appropriately in the community. This is often because in order to “dumb” a dog……it means you are spoiling the poor thing to death.

I fragment, który rozśmieszył mnie do łez :

People who say “Dogs should be dogs”….WHAT THE HELL DOES THAT MEAN????

No właśnie. Co to do cholery ma znaczyć tak naprawdę ?!

Reklamy

Perypetie.

Gdzie jakaś miła, ciepła sytuacja – dla równowagi, choć może to ja zbyt emocjonalnie do życia z psem podchodzę ? Chwil przykrych jest ogromnie wiele i ich powodem nigdy nie jest sam pies – to cała psia otoczka, wcześniej dla człowieka bezpsowego niezauważalna, jest punktem zapalnym następujących wręcz lawinowo dramatów. Nasz Pies raczy się jarzynową zupką podaną gdzieś w krzakach pod blokiem, bo ktoś wcześniej postanowił wspaniałomyślnie podać do stołu tamże. Nasz Pies podbiega do człowieka stojącego po drugiej stronie ulicy, bo człowiek jest rozciumciany, rozcmokany i w dodatku kuca, wymachując rozkosznie szeleszczącą siatką. Nasz Pies w zabawie z kumplem rozdziera mordę jak głupi, bo sterczący całe dnie na balkonie jamnik sąsiadki pokazał mu, jak wspaniała i samonagradzająca jest to czynność, a pokazał dlatego, że w jego nudnym życiu tylko to już mu pozostało. Nasz Pies zaczyna warczeć na innego psa, który ucieka w podskokach z Naszego Psa zabawką w mordzie i ani myśli oddać, jego pani zaś rozpoczyna żałosny pościg za winowajcą, bo nie jest w stanie za żadne skarby zachęcić go do powrotu i wyplucia zdobyczy, by zażegnać konflikt.

Mamy zżeranie śmieci, ucieczkę, ignorowanie, szczekanie, warczenie – pozornie stoi za tym jarzynowa zupa, szeleszcząca siatka, jamnik i Wielki Szybki Złodziejski Kundel.

Tylko że w każdym przykładzie to człowiek jest.

To człowiek tworzy dla psa chore środowisko, utrudniając mu podejmowanie słusznych decyzji (a często słuszność nasza i słuszność psia się pokrywa!), wysyłając sprzeczne sygnały, wrzucając go na głęboką wodę, bądź, przeciwnie, pozwalając wejść tylko do kałuży. Idealnym przykładem może być spotkana przez nas na przystanku autobusowym Pani, która widząc Bonkersa ze smyczą chwilowo za nim się wlokącą, pełna dobrych intencji poradziła mi, bym tę smycz chwyciła, bo niedawno na jej oczach przebiegający luzem przez ulicę młody labrador został przez samochód trzaśnięty tak spektakularnie, że nie było czego zeskrobywać. Rozsądna była to uwaga i już zbierałam się do podziękowań, kiedy ta sama pani raptownie potruchtała kurcgalopkiem ku mojemu psu, kucając i wyciągając ręce, wysokim głosem informując go, że jest taki śliczny, piękny, grzeczny i ona musi go pogłaskać ko-niecz-nie i niech on do niej przyjdzie ! Oj, zagotowało się we mnie nieziemsko, zadziałał chyba efekt kontrastu – jak ktoś może być w jednej chwili tak mądry, a w drugiej wręcz oślepiać głupotą nadjeżdżające samochody… ‚Ale proszę pani, pani mówi jedno, a robi drugie; proszę nie zachęcać mojego psa do podejścia, co jeśli nauczy się tego, a za drugim razem zapragnie go przywołać ktoś stojący po drugiej stronie ulicy?’

Ruchliwa była to jezdnia za jej plecami, ale na kilka wahnięć psiego ogona zrobiło się bardzo, bardzo cicho.

Pływaliśmy :

…bo muszę przypomnieć sobie coś miłego.

Wytrzyj ręce w mojego psa, teraz!

Międzynarodowy Dzień Wycierania Rąk W Cudzego Psa jest dzisiaj. Jest też jutro, pojutrze pewnie też, jeśli nie zostaniemy w domu. W przyszłym tygodniu też, a jak. Każdy będzie miał okazję wytrzeć ręce w cudzego psa!

Jaki wyrzut w oczach, kiedy psa smyczą od cmokającego człowieka odciągam. Kiedy rzucam mu szybkie ‚siad’ i bez serca każę mu się w siebie wpatrywać – nie skakać brudnymi łapami po czyiś białych spodniach, nie gryźć zabawowo delikatnych rączek małych dzieci, nie pobiec do wołającej go osoby stojącej po drugiej stronie ruchliwej ulicy. Jak wielką krzywdę robię mojemu psu, że odciągam go i rozkazuję siedzieć!

Dziś w autobusie nieopodal nas siedziała para w wieku moich rodziców, zawzięcie o czymś dyskutując. Bonkers nie był w zasięgu ich wzroku, tylko nieco z tyłu – zdawali sobie sprawę z jego obecności, ale nie mogli ciągle obserwować, każde więc jego pojawienie się wzbudzało zainteresowanie. Kiedy już mieliśmy wysiadać, mój pies, poderwany z waruja, podszedł kilka kroków w ich kierunku by zakręcić po łuku, co nie obeszło się bez echa – stateczny pan zaczął do niego cmokać i wyciągać ręce, pani wychyliła się obserwując, a ja, bez emocji, przyciągnęłam energicznie startującego już (równie energicznie) w ich stronę rozmerdanego Bonkersa i rozkazałam mu usiąść, dodając ‚proszę nie cmokać na mojego psa’. Pani oburzyła się wielce : ‚A niby kto cmokał?’ – ‚Ja cmokałem’ – odpowiedział zgodnie z prawdą pan i rozpętała się urocza dysputa na mój temat. Niewiele z niej do mnie dotarło, bo drzwi otwierały się już z głośnym trzaskiem, ale pejoratywnie w ich ustach nacechowane ‚Warszawianka’ zdołałam usłyszeć.

Moi drodzy – taka to ze mnie Warszawianka.

Oto rozwiązanie dla osób z Kompleksem Małych Miejscowości – wystarczy nie pozwalać każdemu wycierać łap w swojego psa.

Decyzja o losie państwa podjęta.

Głosowaliśmy, razem oczywiście, no bo jak inaczej. Młody niepełnoletni, ale towarzyszył dzielnie, siedząc cierpliwie przed urną wyborczą z wypełnioną kartą do głosowania w pysku, wywołując powszechny podziw wśród zebranych. Wpuścili nas pod warunkiem, że przybiegnie się radośnie przywitać z siedzącą za stołem komisją kontroli gier i zakładów – no i przybiegł, dwa razy mu powtarzać nie trzeba było. Takie dziwne miejsca też wizytujemy, a mały jest szczęśliwie mile widziany gdziekolwiek się pojawimy. Ma rewelacyjne maniery, a im więcej tego typu sytuacji inicjuję, tym mniej w nim ekscytacji, a więcej opanowania i skupienia na mnie.

Drugie i ostatnie zdjęcie z serii subtelnego manifestowania poglądów :

Przyznam się do paskudnego wypadku, którego staliśmy się przyczyną i z którego powodu jest mi do teraz bardzo głupio. Jak co dzień wpakowaliśmy się do autobusu i chwilę później okazało się, że nie jesteśmy w nim jedynym sześcionożnym duetem – daleko, daleko, po drugiej stronie maszyny, w okolicy kierowcy, ulokował się młody, na oko ośmiomiesięczny biszkoptowy labrador z właścicielką. Grzeczny do czasu, gdy zobaczył Bonkersa – obecność mojego psa, choć daleka, zadziałała na niego tak zabawowo nakręcająco, że pierwotne ‚tylko i aż’ sterczenie jak zaczarowany z rozmerdanym ogonem przerodziło się niespodziewanie w – uwaga – Cholernie Donośne Szczeknięcie. Staliśmy wtedy w korku a cisza panowała wokół jak makiem zasiał. Psia vuvuzela poderwała wszystkich pasażerów na równe nogi, ja skuliłam się na siedzeniu i przyciągnęłam Bonkersa do siebie tak, by był kompletnie niewykrywalny z żadnej ze stron, a kierowca jak nie rozdarł się na właścicielkę winowajcy ! I jak tu wytłumaczyć, że to był szczek prowokacyjno-zabawowy, że bez złych intencji, że z dobrego serca płynący – labradorza pani próbowała jak mogła, ja stawałam się jednością z fotelem coraz bardziej i lico mi pąsowiało, ale przecież się nie ujawnię, psy się zaczną kotłować z radości, a kierowcę trafi szlag, że mu się bestie rozmnożyły i zamiast jednej potencjalnie morderczej pary szczęk ma pary dwie, i dwie nawiedzone kobity przekonujące go totalnie bezcelowo, że one grzeczne, łagodne i konieczne do dalszej jazdy absolutnie. Wysiadłam na następnym przystanku i resztę drogi przebyliśmy pieszo. Pies mój był zachwycony.

‘Błękitny 24′ wylądował.

Waruj-zostań buduje,
bo piłka na sznurku jest najważniejsza!

Jakie to jest rewelacyjne, że ja go mogę usadzić i ułożyć gdziekolwiek, zabawką przed nosem pomachać, a on trwa i trwa. Zdjęcie pozowane, ale scenografia nie mojego autorstwa, nie! – można zauważyć, że szybko nam ta nasza dzieciarnia dojrzewa…

Mój pies głosuje na Bronka. A Ty?

;)