‚Zrób to sam’ wieczorową porą, czyli o plastelinie.

To smutne, ile frajdy z posiadania psa nieuświadomieni ludzie odbierają sobie sami. To jakby kupić sobie MacBook’a Pro do sprawdzania maila, jak PSVitę do emulacji Game Boya, jak Chivas Regal do mieszania z colą, jak szpilki od Louboutina do popylania po Galerii Mokotowskiej… Niby można, tylko ile z tego frajdy, jak wiele potencjału marnuje się na własne życzenie, jak wiele możliwości nigdy nie zostanie wykorzystanych, uśpionych na zawsze. I tylko wzdychanie do psa sąsiadki, że on mądry taki, usłuchany, bezproblemowy, radość chodząca, no a mój, pani droga, głupi taki, niegrzeczny…

A wystarczy strzelać parówkami z karabinu maszynowego prosto w szczeniakowy pysk, powtarzając jego imię do porzygu obu stron, a potem posprzątać i zrobić to jeszcze raz, i jeszcze jeden, i jeszcze. A wystarczy napchać kieszenie kurtki żółtym serem i co chwila wołać, nagradzając każde przyjście czymś więcej niż tylko ‚szybciej się nie dało?!’, kucając, uciekając w drugą stronę, bawiąc się kępką trawy, radośnie piszcząc. Wystarczy upleść prowizoryczny szarpak ze starej koszuli i pozwolić szczeniakowi połamać sobie na nim mleczne zęby, w domu, na klatce, na dworze, na przystanku. Warczeć, szarpać, ciągnąć po podłodze, wyrzucić przed siebie i wystartować jeszcze przed psem, by za każdym razem zdążyć złapać go razem, by za każdym razem kreować idealny świat wspólnych sukcesów, wspólnej satysfakcjonującej pracy, szalonej rywalizacji o podium mieszczące dwójkę zwycięzców. Wystarczy pozwolić zrównoważonym, starszym psom, które spotykać się będzie przez najbliższe piętnaście lat, poznać szczeniaka, póki jeszcze jest szczeniakiem, póki z urzędu jest mu przyznany szczenięcy immunitet, póki rozmerdany ogon wita każdą parę czterech łap i każdą parę dwóch – parę wysoką i niską, grubą i chudą, cichą i piskliwą, nagą i okutaną w puchową kurtkę, z parasolem, siatkami pełnymi zakupów, kosiarką do trawy, krasnoludzką brodą, habitem, hidżabem, burką, futrem z lisów… Wystarczy przewiercić sznurek przez dwie identyczne gumowe piłki i rzucać je na przemian jedną i drugą stronę, rzeźbiąc od samego początku solidne podstawy pod przyszły aport – wielkie słowo, dla wielu przerażające, z założenia nieosiągalne, a przecież to jedna z najważniejszych psioludzkich umiejętności – przede wszystkim przez płynącą z niego frajdę. Nie chodzi o żaden popęd łupu, o teamwork, użytkowość, więź, o żadne z tych hermetycznych, zbyt mądrych słów – chodzi po prostu o czystą frajdę z rzucania psu piłki, o jego zmęczenie, o naszą radość i dumę z posiadania mądrego, fajnego, kumatego psa zachowującego się jak pies właśnie, jak te z filmów, z kreskówek. Aportującego psa, którego smyczą staje się piłka, którego można wypożyczyć czteroletniej córce znajomych i obserwować ze śmiechem nieporadność jednej strony i śmiertelnie poważne podejście do zadania drugiej; i nakręcić, i wrzucić na Youtube, i pękać z dumy z każdym lajkiem, z każdym komentarzem. Wystarczy przeprowadzić psa za kiełbasą przez labirynt szeroko rozstawionych nóg, jeden, drugi, dziesiąty raz – obserwować jak z każdym kolejnym przejściem robi to pewniej, szybciej, dłużej – jak mimowolnie siada wodząc wzrokiem za uciekającą piętką chleba, jak kładzie na podłodze by zlizać stamtąd twarożek, jak trąca łapą zamkniętego w dłoni kurczaka. Wystarczy zdać sobie sprawę, jak bardzo takie małe rzeczy pomagają w codziennym życiu w społeczności pełnej frustratów, lękowców i elementów kompatybilnie wątpliwych – jak odganiają strach starszych osób siedzących za karę na tym samym przystanku; jak przykuwają spojrzenia zdystansowanych nadopiekuńczych mam i cegiełka po cegiełce wpływają na zmianę ich stosunku do całego psiego świata; jak cieszą i inspirują osiedlowe dzieciaki, które przerywają grę w piłkę, żeby popatrzeć na tego cyrkowego psa, a po powrocie do domu spróbować tego samego z własnym.

Wystarczy uświadomić sobie, że to nie kolejny mebel, że wraz z wzięciem pod swój dach psa, bierzemy na siebie obowiązek zapewnienia mu najwspanialszego, najszczęśliwszego, najbardziej satysfakcjonującego życia. Ale najlepsze jest to, że ten obowiązek jest jednocześnie ogromną przyjemnością – bo o ile przyjemność z poskładania Ikeowskiej komody kończy się w momencie wsunięcia w nią ostatniej szuflady i odetchnięcia z ulgą, o tyle przyjemność z posiadania psa to niekończące się wyciąganie kolejnych szuflad, jednej za drugą. I wywołuje nie uczucie ulgi, że wreszcie, że już, ale nieopisany zachwyt. Zachwyt, że jeszcze, że wciąż tyle, że ale jak to, że to przecież dopiero początek. Że szuflady pełne piasku, sierści, kozaków przerobionych na sandały, nóg łóżka zmielonych na wiór, szuflady nieposłuszeństwa, ucieczek, strachu, wyszczerzonych zębów, nieprzyniesionych piłek, zignorowanych poleceń – są na samym dole, a my z każdym dniem wspinamy się po nich i tylko dzięki temu możemy sięgać coraz wyżej.
Piękne rzeczy są tam wysoko.

Reklamy

Dwanaście rzeczy, za które uwielbiam mojego psa.

Dlaczego dwanaście? Bo w kartonie na psie zabawki mamy dwanaście poobgryzanych dysków, bo rok ma dwanaście miesięcy, bo w Border Collie jest dwanaście liter, podobnie jak w Great Britain ;)…

Dwanaście, nie mogło być inaczej!

    1. Lisikłębek Uszosterczący, z nosem zakrytym kitą i parą błękitnych oczu, łypiących na każdy najcichszy dźwięk, bo może to właśnie ten dźwięk, który zapowiada Wstanie I Wyjście. Uwielbiam ten jego lisikłębek, uwielbiam podejść wtedy do niego i wtulić się w zgięty grzbiet, i słuchać jak oddycha, i wiedzieć, że te przytulanki wcale a wcale mu się nie podobają, że on czeka na Wyjście, skoro Wstanie już jest, ale leży cierpliwie, bo taka jest funkcja psa i on o tym wie.

    2. Notoryczne Ziewanie, ziewanie przy każdej możliwej okazji i każdej bezokazji – ziewanie na dzień dobry z rozespania, ziewanie na dobranoc ze zmęczenia, ziewanie przedspacerowe z podekscytowania, ziewanie z wokalizacją i tym rozkosznym ‘oooouuu’ pod sam koniec, kiedy już absolutnie nie może się doczekać otwieranych na Świat drzwi i wszystko w środku zaczyna śpiewać i to śpiewanie wydobywa się z paszczy w postaci mojego ulubionego ziewania.

    3. Przeciąganie Przednie i Tylne – czasem jest tylko przednie, a czasem jedno po drugim – jest wtedy Taaaaki Dłuuuugi, jak sąsiadki jamnik, tylko że on wraca do poprzednich wymiarów, a sąsiadki jamnik nigdy. Uwielbiam to, że kiedy podniosę go za tylne nogi, on nie ucieka, nie boi się, tylko zaczyna się przeciągać, wyginając ciało w łuk, prostując tylne nogi, które wyciągam mu wysoko, wysoko, do samego sufitu, a on się przeciąga, przeciąga…

    4. Mruczenie – Mruczenie Zrezygnowane, kiedy bezskuteczne próby oderwania pani od komputera kończą się mruknięciem desperacji, a on zwija się w Lisikłębek i pogrąża w cierpieniu. Uwielbiam też jego Mruczenie Wymuszone, kiedy ucisk na klatkę piersiową skutkuje niskim, gardłowym, donośnym ‘mmm’, a czasem całą serią tych westchnięć po całej serii uciśnięć, jak karabin maszynowy strzelający cudownym dźwiękiem.

    5. Prawo- i Lewoskręt Paszczowy – bo on rozumie słowo wypowiedziane lepiej, kiedy przekrzywi głowę, a jeszcze lepiej, kiedy z kolejnym słowem przekrzywi ją w drugą stronę. I stoi tak, skupiony, uważny, kręcąc głową na lewo i prawo, z każdym dźwiękiem coraz bardziej zaciekawiony. Uwielbiam z nim rozmawiać i przekrzywiać moją głowę, by dopasować ją do aktualnego położenia jego, wtedy rozumiemy się najlepiej, bo słowa nie muszą podróżować ukośnie, a po prostej. To przecież takie oczywiste.

    6. Mina Szaleńca – kiedy wpatruje się we mnie z lekko otwartym pyskiem o czubku języka wystającym spomiędzy kłów, szeroko otwartymi oczami, uszami wystrzelonymi ku niebu i przyspieszonym oddechem, który co chwila unosi całą sylwetkę, sprawiając wrażenie, że Szaleniec szybuje, tylko z jakichś powodów nie jest w stanie jeszcze oderwać się od ziemi. I stoi tak nade mną, wpatruje uparcie, z dołu jego głowa wydaje się taka wielka, taka masywna i trójkątna, a on sam jest taki decyzyjny i konkretny – ‘wstawaj, nie leż, chodźmy, spacer, ja i ty, teraz, zaraz, już’. Z Miną Szaleńca nie ma dyskusji, jest tylko posłuszne wykonywanie dyspozycji.

    7. Gestapowskie Typowanie – uwielbiam, kiedy ustawia osiedlowe dzieciaki w jednym, prostym rzędzie i wybiera podług sobie tylko znanego wzoru tego szczęśliwca, który dostąpi zaszczytu kolejnego rzutu piłeczką. I dzieciaki stoją, cierpliwe, nieruchome, czekając na swoją kolej. Żadne z nich nie rzuci drugi raz, zanim wszystkie nie rzucą jeden. Jest nieubłagany, nie działają żadne prośby, żadne wysoko podnoszone ręce, niecierpliwe podskoki, bongowołania – on ma w głowie swoją kolej i ani myśli dać się ubłagać na jakąkolwiek jej modyfikację.

    8. Dzieciopraca – wszystko to, co robi ze mną, robi z każdym chętnym dzieciakiem. Slalomuje, skrada się, turla, obiega, podskakuje, waruje, traktuje swoją pracę na serio, niezależnie od wieku i kompetencji pracodawcy. I kontekstualizuje, odczytując gesty wyraźniej, niż sepleniące słowa, umożliwiając dzieciakom wygrywanie za każdym razem; nieważne, że podawane przez nie hasło to najczęściej ‘okoń’. A mógłby zaprotestować, stwierdzić, że nie gada z idiotami, że ta niekompetencja jest żenująca; on cierpliwie puszcza mimo uszu ‘turlaje’ zamiast ‘rollów’, ‘kładzenie się’ w miejsce ‘warujów’, ‘wypluwanie’ a nie ‘puszczanie’ – pracuje z właściwym sobie oddaniem, wyrabiając sto procent normy, mimo kompletnie innych poleceń, wykonuje komendy, których nigdy wcześniej nie słyszał i zawsze wykonuje je perfekcyjnie.

    9. Etatowy Chwytakopodajnik – wszystkiego. Kluczy, woreczków, chusteczek, monet, legitymacji studenckiej, komórki, rękawiczek, gumowych piłeczek podczas moich nieudanych prób nauki żonglowania. Jest zawsze czujny i chętny do pomocy, a często nawet uprzedza moją komendę, podając wypadnięty przedmiot zanim ja w ogóle zdążę się zorientować, że mi wypadł. Wuef na studiach jest jedyną okazją, żebym mogła wykonać przysiad – na co dzień nigdy nie muszę.

    10. Nadpsiejstwo – jako Nadpies, z urzędu ignoruje wszystkich osiedlowych czterołapych dupozawracaczy, sfrustrowanych smyczoszczekaczy, bezsmyczowych podbiegających wąchaczy podogonowych, podpitych cmokaczy, całą tę żenującą hołotę usiłującą choć na chwilę pławić się w blasku jego Nadpsiejstwa. Zbywa ją grzecznościowym machnięciem ogona, omija płynnym łukiem, a jego aura perfekcji ciągnie się za nim długo po tym, jak zniknie im z oczu. A ja zbieram dostarczone mi przez niego śmieszne miny okrutnie zignorowanych, do kości upokorzonych właścicieli szarpiących się na smyczy Podpsów do mojego mentalnego albumu zwycięstw i karmię się nimi z lubością, paskudną wyższością, którą zapewnia mi mój Nadpies. Niedawno, pod klatką schodową, kiedy już wracaliśmy ze spaceru, minęły nas w szaleńczym pędzie dwa rozbiegane mikrojazgoty, a sąsiadka zachwycona wewnętrznym spokojem mojego psa powiedziała do nas ‘ten pani pies, jak pani to robi, że on taki zrównoważony, że on nigdy nie szczeka?’; ‘Ja? Ja nic nie zrobiłam. Bongo uważa, że Jazgot jest Domeną Słabych’. Sąsiadka miała taką minę, jakby te Wielkie Litery było w mojej wypowiedzi po prostu słychać. I uśmiechnęła się, tak fajnie, po ludzku, a ja uśmiechnęłam się do mojego Nadpsa.

    11. Bo jest ze mną.

    12. Bo Czeka ze mną na Niego :)

A Ty? Za co Ty uwielbiasz swojego psa?

Shake that ass!

Oto relacja zmagań z Bonczkowym tyłem, który aktywować próbowałam już od dłuższego czasu, ale bez żadnych efektów. Do uruchomienia psiej dupki skłoniła mnie teoria, że świadomość tylnych łap może mieć dobroczynny wpływ na technikę skoku – póki co jestem zdania, że ma bardzo nikły. Tysiące skoków do frisbee/piłki wykonanych metodą ‘na odwal się’, a co gorsze – nagrodzone złapaniem tegoż przedmiotu (a co najgorsze – złapaniem go za trzecim razem, kiedy już sto razy spadnie na ziemię, co nie dziwi, kiedy usiłuje się złapać frisbee od dołu…) to zbyt ‘solidne’ podstawy, by ćwiczenia rzeczy zupełnie oderwanych od kontekstu były w stanie cokolwiek zmienić. Podobnie jak ćwiczenie w przeskakiwaniu z siadu przez hula-hop nie przekłada się na skok, jaki wykonuje pies do lecącego frisbee, kiedy po drodze nie ma żadnego hula-hopu, które musi przeskoczyć. Teoretycznie można spróbować walczyć z silnym kontekstualizowaniem sytuacji, jakie uprawia pies (‚jest hula-hop – przeskoczę, bo inaczej urwie mi nogi, to logiczne; nie ma hula-hopu – uprawiam surykatkę, bo nie ma niczego, co może urwać mi nogi’) przy pomocy wyrobienia pamięci mięśniowej, nad którą w ten sposób pracujemy. Najgorsze jest jednak to, że w czasie tej pracy, jak w przypadku każdej innej (ucieczek do psów, niepodejmowania żarcia z ziemi, itp.) nic tak nie psuje efektów, jak osiągniecie przez psa celu w sposób przeczący temu, czego go uczymy – więc każde złapanie frisbee/piłeczki metodą ‘na surykatkę’ utwierdza psa w przekonaniu, że w gruncie rzeczy on może sobie skakać ‘do dupy’, bo złapie i tak (może uciec do psa, bo będzie fajnie, może też wszamać jakieś paskudztwo, bo przecież pyszne) Sytuacją idealną byłoby zaprzestanie rzucania frisbee (to pół biedy – gorzej, że piłeczek też) na okres nauki, który to okres nauki zawiera:

  • Ćwiczenia świadomości zadu (opisane dość szczegółowo w tej notce)
  • Ćwiczenia wskakiwania do wyżej postawionego kennelu oraz skoku przez hula-hop z siadu (z psem siedzącym przed hula-hopem i zabawką rzucaną w taki sposób, by pies wybijał się po nią z siadu, przeskakując przez kółko) – dodałabym do tego podkładanie komendy (wystarczy najzwyklejsze ‘hop’ – z pewnością nie zaszkodzi, a po wyrobieniu pamięci mięśniowej możemy w odpowiednim momencie ją wypowiadać, licząc na to ;), że galopujący pies przypomni sobie, na czym polega wybicie – inna sprawa, że to pewnie moje pobożne życzenie, bo pies wyskakuje do lecącego frisbee zupełnie inaczej, niż robi to siedząc przed nami na dupie…)
  • Pracę nad masą mięśniową tylnych nóg i mięśni grzbietu (rozciągania, masaże, ćwiczenia na piłce rehabilitacyjnej)

I tak, mimo że jestem bardzo dumna z postępów mojego psa w kontekście majstrowania dupką, jestem też dumna z tego, jak przeskakuje przez hula-hop, z tego, jak wspaniale pracuje na piłce – nie mam dobrej wieści dla właścicieli nieskaczących psów. Twój pies nie skacze – deal with it, a jeżeli Ci to przeszkadza, to możesz tylko siąść i płakać, bo on nie skacze i już. Następnym razem, jeśli dalej zależeć Ci będzie na psie do frisbee, weź szczenię po rodzicach, którzy skaczą do frisbee (skakanie w agility jest czymś zupełnie innym od skakania we frisbee oczywiście – rodzice Bongo oboje wymiatają w A3, oddając skoki długie i płaskie, zwarte i zakręcone – cud, miód i orzeszki) Praca nad świadomością zadu z pewnością nie zaszkodzi – to świetna zabawa, okazja do współpracy z psem, zaskoczenia znajomych, zacieśnienia więzi. Nie przekłada się ona jednak w widoczny sposób na technikę skoku psa, bo ta manifestuje się w zupełnie innych sytuacjach i – jak już wcześniej wspomniałam – nawet skok oddany byle jak jest zawsze nagradzany, a metody nagłego znikania piłeczki, do której pies ‘wyskoczył’ nieprawidłowo, jeszcze nie wynaleziono. Już nad tym pracuję ;) ale póki co warto uświadomić sobie to, co napisałam wyżej. Praca nad aktywacją tyłeczka – jak najbardziej. Oczekiwanie zapierających dech w piersiach efektów – niestety, nie. I tym optymistycznym :D wstępem chciałam przejść do krótkiego opisu kroków, jakie poczyniliśmy, by unieść Bonczkową dupkę ponad Bonczkową głowę.

Po pierwsze – cofanie się. Chodzenia do tyłu uczyliśmy przez naprowadzanie – z psem przy mojej lewej nodze stawałam przy długim rzędzie mebli i wciskałam mu w nos pasztet, jednocześnie robiąc kilka kroków w tył i blokując ciałem jego zakręcający tyłeczek. Docelowo przechodziliśmy tak kilka metrów, kolejno usuwając smakołyk i wprowadzając komendę (u nas ‚back‚) – na tym etapie pies chodził przy nodze w tył, razem ze mną. Później wydawałam komendę, nie ruszając się – pies z rozpędu robił kilka kroków, zanim jego piękny umysł zorientował się, że coś jest nie tak, bo pani przecież stoi – ważne było, by klik (‚yes‚, ‚super‚) pojawił się w momencie, w którym piękny umysł jest jeszcze uśpiony a pies mechanicznie wykonuje czynność, którą ćwiczyliśmy wcześniej. Na tym etapie więc wciąż stałam do psa bokiem, wysyłając go w tył. Później wystarczyło obrócić się do psa – ważne jest to, że kiedy podnosimy kryteria (zmieniamy pozycję naszego ciała, wymawiane słowo, przedmiot z którym pies ma wejść w interakcję), musimy zachować jakiś stały punkt odniesienia, czyli w tym przypadku to samo miejsce ćwiczeń. W tym momencie pies nie musi rozumieć idei ćwiczenia (i nie rozumie jej, to zbyt abstrakcyjne, nawet moi znajomi nie rozumieją, po co pies ma do tyłu łazić, a co dopiero pies ;))) – ważne jest to, że w tym samym miejscu zachowa się on (nawet z rozpędu, kompletnie bezmyślnie) tak, jak ćwiczyliśmy to sto poprzednich razy. Docelowo miałam więc psa, który z uporem maniaka ocierał się o te meble, kicając do tyłu, niezależnie od mojej pozycji ciała. W tym momencie istotne było skupienie uwagi psa na konkretnej komendzie (a najpierw geście, jako że gesty pies odczytuje lepiej), której obecnością mogłam zrekompensować zmianę miejsca. I tak, uzbrojeni w wykuty na blachę ‚back‚ mogliśmy ruszyć na podbój… cóż, póki co, innych długich płaskich powierzchni w mieszkaniu. Świat musiał jeszcze poczekać.

Dalsze etapy próbowałam ugryźć z pomocą kształtowania – na środku pokoju położyłam książkę, obok książki psa, a sama rozsiadłam się w fotelu z klikerem i smaczkami. Pies niegłupi, do książki podszedł, pani kliknęła… Trącił ją łapą, wlazł na nią, zlazł – pani kliknęła tylne łapy na książce. I wyklikałam sobie psa, który radośnie podbiega do książki, włazi na nią, złazi z niej i się zatrzymuje – nie ma w tym absolutnie nic ze świadomości zadu, uświadomiłam jedynie przód, który już nie potrzebował być więcej uświadamiany. Jednocześnie oczekiwanie, że pies sam zacznie się cofać i choć jednym pazurem zahaczy o tę książkę, było stratą czasu – pies zaczynał się frustrować, ja razem z nim, a jego zad jak był nieświadomy, tak nieświadomy pozostał. Musiał istnieć jakiś inny sposób – na szczęście istniał. Na końcu wąskiego, zaaranżowanego przejścia, położyłam poduszkę – miękką poduszkę na twardych panelach (gdybyśmy ćwiczyli na dywanie, położyłabym tam książkę – istotna jest tu wyraźna zmiana faktury przedmiotu, co ułatwi psu jego rozpoznanie – za tę oczywistą, ale dla mnie nieosiągalną radę ;) dziękuję Natalii od Oriego) – i wysłałam psa do tyłu komendą ‚back‚. Pies nadział się na poduszkę, ja oszalałam z radości i nadziałam go jeszcze raz, a potem kolejny, potem na dwie poduszki, a potem poduszki zastąpiłam książkami (korzystając z wspomnianej wcześniej siły rozpędu, jaka tkwi w zachowaniu tego samego miejsca ćwiczeń); Później układałam z nich schodki, schodki stawały się coraz węższe i coraz wyższe, aż w końcu magicznie zniknęły, a pies podrzucił tyłeczek bez żadnego podparcia. Zdziwił się niezmiernie, ale dzięki zachowaniu ciągłości w ćwiczeniach, nie pojawiła się frustracja – ot, zrobiłem to, co robiłem wcześniej, pani nagrodziła, a że nie było na czym pupy oprzeć – trudno, oprę o ścianę. I w ten oto sposób odnieśliśmy zwycięstwo! Teraz tylko wałkować i wałkować – docelowo chcemy zabrać ścianę i mieć chodzącego na przednich łapach psa – teraz jestem pewna, że nam się to uda :)

A tutaj można zobaczyć efekty:

Dupka!

Notatka na marginesie

Dzień dobry! My tak o, skromnie, w ramach blogowej gimnastyki słowem, a trochę i dlatego, że do niedawna mieliśmy kategoryczny zakaz szalonych harców na świeżym powietrzu – Bongo, mój zaniedbany owoc pseudohodowli cudem wyrwany ze szponów śmierci ;) zaniemógł na kaszel kennelowy. Zaniemógł to wprawdzie przesada, bo on zupełnie nic sobie nie robił ze swoich potwornych pokasływań i kichań, ale definitywnie coś mu w płucach osiadło i siało spustoszenie. Z początku pani weterynarz zaaplikowała mu strzykawę w tyłek i poleciła karmić syropem, ale po paru dniach kaszel nie przechodził, a wręcz się nasilał. Przez tydzień więc młody był na dodupnych antybiotykach, a potem dostaliśmy tabletki aplikowane już doustnie w domowych pieleszach. Bo mój pies miał stresa, potwornego. Tak jak do tej pory do weterynarza ciągnął jak szalony, tak teraz ciągnie tak samo mocno, tyle, że w drugą stronę. Obcięcie jajek nie ruszyło go tak, jak cienka igła w dupie – i weź tu zrozum psa! Toteż wiedliśmy ostatnimi czasy żywot dość nudny, bo i pies miał bana na szaleństwa i pani dość sporo pracy, która na złość nie chce sama się za siebie wziąć! Bez sensu.

Ale! Robiliśmy też coś fajnego niedawno! Wybraliśmy się na seminarium obedience z Agnieszką Boczulą i wrażenia, eufemistycznie mówiąc, niesamowite :) Agnieszka ma legendarny dar, dzięki któremu Twój pies w jej rękach robi wszystko dokładnie Tak, Jak Powinno Być – momentalnie, na tip-top, robi wszystko to, do czego Tobie nie udało się go przekonać żadnym ze znanych sposobów. Jest to tak samo budujące (bo on jednak umie!) jak i denerwujące (bo ja, czas się przyznać, nie…) – więc w rękach Agnieszki Bonczek maszerował przyklejony do nogi jakby ona sama była wielką parówką, siadał gdy tylko się zatrzymała, pacał na trawę niewiarygodnie szybko i tak samo szybko znów ruszał… A potem wywołał salwę śmiechu wśród obserwujących współuczestników, kiedy za żadne skarby nie chciał wrócić do ćwiczeń ze mną, tylko całym sobą krzyczał ‘Agnieszko, zaadoptuj mnie, zaadoptuj mnie tu i teraz, a ja zrobię dla Ciebie wszystko’.

Sama Agnieszka, jeśli wierzyć Internetowi, jest postacią dość kontrowersyjną – w oświeconym świecie pozytywnych właścicieli psów negowana jest uparcie ewentualność (ba, myśl o niej nawet!) stosowania kar, przymusu czy jakichkolwiek innych środków służących do wybicia psy z głowy jego durnych pomysłów. Trudno się temu dziwić – obracając się w świecie miłych, przepraszających całym sobą borderków, których jedynymi problemami są niechętnie oddawane piłki, kroczek za dużo przy zmianie pozycji ze stania do siadu, ciążąca przy skoku do frisbee dupka czy inne podobnego kalibru grzeszki (dla właścicieli najupierdliwsze na świecie i o randze światowej oczywiście) – ciężko uwierzyć, że istnieją problemy o wiele, wiele większe i wymagające powzięcia konkretnych działań w celu ich wyeliminowania. Kliker nie jest lekarstwem na całe zło – a Agnieszka rozgranicza wyraźnie sytuacje, w których pracujemy z psem, bawimy się z nim, budujemy więź i zaufanie (i wtedy robienie z siebie zidiociałej piszczącej chodzącej parówki jest absolutnie koniecznie), a kiedy musimy rozwiązać problem, który bez konkretnej interwencji może skończyć się dramatycznie dla nas, dla naszego psa, czy dla bogu ducha winnego przechodnia. Z parówki zmieniamy się w kij, w twardy, stanowczy, ale rozsądny i zdeterminowany kij, bo to my mamy tę wiedzę i na nas leży konieczność uświadomienia psu, że pewne jego zachowania są niedopuszczalne. I koniec, kropka. Wiele psów z rozkoszą wymalowaną na pysku zjadłoby każdego mniejszego psa, wiele zjadłoby każdego większego, każdego innego samca, każdą sukę, wiele poodgryzałoby paluszki dzieciom, wyskoczyło na solo z pędzącym samochodem, przytargało za nogawkę rowerzystę, który ośmielił się wybrać sobie na przejażdżkę ten sam park… Najchętniej rozszarpałabym takiego czworonoga własnymi rękoma.

Mogę się tylko cieszyć, że nie mam takich problemów z moim psem – a tym samym nie mam absolutnie żadnych praw do krytykowania właścicieli szukających pomocy (bo oni już próbowali parówek, wszystkich, tych luksusowych też), jak i postępowania kogoś, kto jest ode mnie o lata świetlne mądrzejszy i kto w tym celu nie boi się sięgnąć po drastyczne metody, by rozwiązać drastyczne sytuacje. Śmieszą mnie dramatyczne posty młodych, przeambitnych właścicielek miłych psiaków, żyjących w świecie tęczy i jednorożców, które zza okopów puchowych poduszek ciskają granaty żółci i jadu w stronę kogoś, kogo w życiu nie widziały na oczy (żeby nie być gołosłownym – http://www.szkoleniepsow.fora.pl/problemy-wychowawcze,26/obroza-elektroniczna,7621-30.html) Chyba kiedyś też tak miałam – tylko że mi przeszło. Przeszło już dawno temu, a przeszło do końca, kiedy na seminarium siedemdziesięciokilowy samiec doga niemieckiego zaczął odwalać swój popisowy numer, na który właściciele skarżyli się już od dawna – ‘stanę tu i stał będę, a wy mnie obchodźcie, możecie pod, możecie nad, a najlepiej zamontujcie tyrolkę u sufitu, bo ja tu stoję i stać tu będę’ – a Agnieszka w niego wlazła i jej obute palce spoczęły na jego nieobutych palcach przednich łap. Pies zdziwił się swoim molosowym zdziwieniem i stwierdził, że w takim wypadku niewygodnie jest mu stać i być deptanym, i on w sumie woli pójść sobie gdzieś, gdzie nie depczą. NIE został manualnie przesunięty – bo wtedy nic by z tego nie wyniósł, a w dożym mózgu nie narodziłaby się nowa synapsa. On sam podjął decyzję o przerwaniu fizycznego dyskomfortu – został ukarany w zrozumiały dla siebie sposób i kolejnym razem o wiele bardziej ochoczo zmieniał swoje położenie zgodnie z wolą właścicieli. Z tymi samymi właścicielami bawił się minutę później w szaleńczą pogoń za uciekającą zabawką, od tej samej Agnieszki wyżerał wielkie kawały parówy razem z ręką, ćwicząc ‘siad’ i inne pozycje z psiego elementarza. W stosunku do Bongo nie były zastosowane żadne formy fizycznego przymusu, podczas ani jednej z naszych trzech sesji, a on sam, gdyby tylko odrosły mu jajca, w jednej chwili by się jej oświadczył.

Łatwo i przyjemnie jest zgrywać eksperta przez Internet, wieszając psy na osobie, która jednak wstała od tego komputera, wstała już dobrych parę lat temu i zabrała się za naprawianie tego, co my wszyscy tak soczyście spierdzieliliśmy – a niekiedy po prostu przyszło nam się borykać z fabrycznie spierdzielonymi psami – ale tak czy siak mamy problem. Często niemożliwy do zrozumienia, dopóki samemu się go nie doświadczy. To się chyba nazywa pokora – i to pokory życzę wszystkim właścicielom psów, a samym psom choć mglistego zainteresowania się tą parówką, zanim świat wymoże na właścicielu wyciągnięcie kija.

Świadomość tylnych łap – pierwsze podrygi.

Jako że lato w pełni, a pies na dworze pęka jak przekłuty balonik i smętnie zwiesza jęzor, robiąc bokami, postanowiłam zająć chłopaka w domowych pieleszach pracując nad tym, nad czym pracować chyba nigdy nie można za dużo – świadomością tylnych łap.

Wciąż mam nadzieję (może złudną) że prawidłowej technice skoku można pomóc. Dla właściciela słupkującego psa ta nadzieja to niekiedy jedyne, co pozostaje – zwłaszcza kiedy gnający za piłką blokowy kundel skacze wyżej i lepiej od naszego wyciumkanego, wyczekanego i potrafiącego targetować tylną lewą łapą border collie. Taki właśnie przypadek zainspirował mnie dziś do popełnienia tego wpisu i powzięcia planów na rozruszanie książęcego tyłka – bo przecież Bongo te łapy ma i macha nimi nieźle, kiedy przychodzi panią z łóżka skopać czy podrapać się zajadle za uchem, w Tym Dokładnie Miejscu.

Po prześledzeniu kilku forumowych tematów i youtubowych filmów, po puszczeniu mimo uszu, że jak pies nie skacze, to skakać nie będzie, że overy to i może wychodzić zaczną, ale w longu spodziewaj się pięknej surykatki choćbyś mu to hula-hop do grzbietu przytroczyła i innych eufemizmów na frazę ‚z gówna bata nie ulepisz’ ;), postanowiliśmy zawziąć się i spróbować.

Bitwę z grawitacją rozpoczynamy na kilku frontach, ucząc:

  • Targetowania książki tylnymi łapami (postęp – przy naprowadzaniu jest, ale pies nadal nie wie, że to o tylne łapy mi chodzi – dodatkowy bonus to wstęp do pojęcia stref)
  • Wchodzenia czterema łapami do miski (postęp – duża miska już za nami, pies często ląduje z jedynie tylnymi łapami w misce, ale wciąż z tym walczymy, na mniejszą miskę przyjdzie czas; nie mam pojęcia, jaki to mogłoby nieść za sobą dodatkowy bonus)
  • Wdrapywania się na niewielki czteronożny stołeczek, którego niewielkość wymaga od psa wygięcia się w kota i pakowania każdej łapy po kolei, wysoko je zadzierając (postęp – włazi twardziel, zwłaszcza, że z pozycji stołeczkowej zrobiliśmy przepustkę do żebrania przy stole; dodatkowy bonus – nic poza równowagą nie przychodzi mi do głowy)
  • Chodzenia do tyłu (postęp – ćwiczyliśmy to już od jakiegoś czasu, więc mam psa poruszającego się nieco prawoskrętnie przy nodze, kiedy się cofam, oraz psa cofającego się samemu, kiedy ja stoję przed nim)
  • Kręcenia się w kółko z przednimi łapami na odwróconej misce (postęp – kiedyś już liźnięte, jako bonus wyrosło nam efektowne dostawianie do nogi; docelowo uzyskanie szaleńczego półgalopu w relacji Ziemia-Słońce)

To wstępniaki, które obrodzić mają w finale manierą zarzucania tylnych nóg w górę, pod które z czasem podłożę komendę i uzyskam psa wspinającego się tyłem na drzewo/kanapę/ścianę/nicość. Szczególnie ta nicość mnie nęci, bo wygląda efektownie wielce  wydaje się być tak rozkosznie nieprzydatna!

Ćwiczenia na zewnątrz, czyli overy i skoki przez hula-hop, zostawiamy sobie na później, kiedy aura bardziej będzie sprzyjać. Młodego w ogóle muszę mocniej rozskakać – odbijając się od ciała leci na odległość maksymalnie minimalną, wybijając się do czegoś wybija w momencie maksymalnie minimalnym by owe coś złapać, wskakując na ręce robi to przednimi łapami, tylnymi oferując jedynie małego hopa… Z latającego psa ma on bardzo niewiele. Inna sprawa, że za jego szczenięcych lat to latanie tłumiliśmy ze względów profilaktycznych – nie uważam jednak, by miało to duży wpływ. On po prostu jest zwierzęciem wodno-lądowym, a ja mogę jedynie starać się przybliżyć mu niebo.