‚Zrób to sam’ wieczorową porą, czyli o plastelinie.

To smutne, ile frajdy z posiadania psa nieuświadomieni ludzie odbierają sobie sami. To jakby kupić sobie MacBook’a Pro do sprawdzania maila, jak PSVitę do emulacji Game Boya, jak Chivas Regal do mieszania z colą, jak szpilki od Louboutina do popylania po Galerii Mokotowskiej… Niby można, tylko ile z tego frajdy, jak wiele potencjału marnuje się na własne życzenie, jak wiele możliwości nigdy nie zostanie wykorzystanych, uśpionych na zawsze. I tylko wzdychanie do psa sąsiadki, że on mądry taki, usłuchany, bezproblemowy, radość chodząca, no a mój, pani droga, głupi taki, niegrzeczny…

A wystarczy strzelać parówkami z karabinu maszynowego prosto w szczeniakowy pysk, powtarzając jego imię do porzygu obu stron, a potem posprzątać i zrobić to jeszcze raz, i jeszcze jeden, i jeszcze. A wystarczy napchać kieszenie kurtki żółtym serem i co chwila wołać, nagradzając każde przyjście czymś więcej niż tylko ‚szybciej się nie dało?!’, kucając, uciekając w drugą stronę, bawiąc się kępką trawy, radośnie piszcząc. Wystarczy upleść prowizoryczny szarpak ze starej koszuli i pozwolić szczeniakowi połamać sobie na nim mleczne zęby, w domu, na klatce, na dworze, na przystanku. Warczeć, szarpać, ciągnąć po podłodze, wyrzucić przed siebie i wystartować jeszcze przed psem, by za każdym razem zdążyć złapać go razem, by za każdym razem kreować idealny świat wspólnych sukcesów, wspólnej satysfakcjonującej pracy, szalonej rywalizacji o podium mieszczące dwójkę zwycięzców. Wystarczy pozwolić zrównoważonym, starszym psom, które spotykać się będzie przez najbliższe piętnaście lat, poznać szczeniaka, póki jeszcze jest szczeniakiem, póki z urzędu jest mu przyznany szczenięcy immunitet, póki rozmerdany ogon wita każdą parę czterech łap i każdą parę dwóch – parę wysoką i niską, grubą i chudą, cichą i piskliwą, nagą i okutaną w puchową kurtkę, z parasolem, siatkami pełnymi zakupów, kosiarką do trawy, krasnoludzką brodą, habitem, hidżabem, burką, futrem z lisów… Wystarczy przewiercić sznurek przez dwie identyczne gumowe piłki i rzucać je na przemian jedną i drugą stronę, rzeźbiąc od samego początku solidne podstawy pod przyszły aport – wielkie słowo, dla wielu przerażające, z założenia nieosiągalne, a przecież to jedna z najważniejszych psioludzkich umiejętności – przede wszystkim przez płynącą z niego frajdę. Nie chodzi o żaden popęd łupu, o teamwork, użytkowość, więź, o żadne z tych hermetycznych, zbyt mądrych słów – chodzi po prostu o czystą frajdę z rzucania psu piłki, o jego zmęczenie, o naszą radość i dumę z posiadania mądrego, fajnego, kumatego psa zachowującego się jak pies właśnie, jak te z filmów, z kreskówek. Aportującego psa, którego smyczą staje się piłka, którego można wypożyczyć czteroletniej córce znajomych i obserwować ze śmiechem nieporadność jednej strony i śmiertelnie poważne podejście do zadania drugiej; i nakręcić, i wrzucić na Youtube, i pękać z dumy z każdym lajkiem, z każdym komentarzem. Wystarczy przeprowadzić psa za kiełbasą przez labirynt szeroko rozstawionych nóg, jeden, drugi, dziesiąty raz – obserwować jak z każdym kolejnym przejściem robi to pewniej, szybciej, dłużej – jak mimowolnie siada wodząc wzrokiem za uciekającą piętką chleba, jak kładzie na podłodze by zlizać stamtąd twarożek, jak trąca łapą zamkniętego w dłoni kurczaka. Wystarczy zdać sobie sprawę, jak bardzo takie małe rzeczy pomagają w codziennym życiu w społeczności pełnej frustratów, lękowców i elementów kompatybilnie wątpliwych – jak odganiają strach starszych osób siedzących za karę na tym samym przystanku; jak przykuwają spojrzenia zdystansowanych nadopiekuńczych mam i cegiełka po cegiełce wpływają na zmianę ich stosunku do całego psiego świata; jak cieszą i inspirują osiedlowe dzieciaki, które przerywają grę w piłkę, żeby popatrzeć na tego cyrkowego psa, a po powrocie do domu spróbować tego samego z własnym.

Wystarczy uświadomić sobie, że to nie kolejny mebel, że wraz z wzięciem pod swój dach psa, bierzemy na siebie obowiązek zapewnienia mu najwspanialszego, najszczęśliwszego, najbardziej satysfakcjonującego życia. Ale najlepsze jest to, że ten obowiązek jest jednocześnie ogromną przyjemnością – bo o ile przyjemność z poskładania Ikeowskiej komody kończy się w momencie wsunięcia w nią ostatniej szuflady i odetchnięcia z ulgą, o tyle przyjemność z posiadania psa to niekończące się wyciąganie kolejnych szuflad, jednej za drugą. I wywołuje nie uczucie ulgi, że wreszcie, że już, ale nieopisany zachwyt. Zachwyt, że jeszcze, że wciąż tyle, że ale jak to, że to przecież dopiero początek. Że szuflady pełne piasku, sierści, kozaków przerobionych na sandały, nóg łóżka zmielonych na wiór, szuflady nieposłuszeństwa, ucieczek, strachu, wyszczerzonych zębów, nieprzyniesionych piłek, zignorowanych poleceń – są na samym dole, a my z każdym dniem wspinamy się po nich i tylko dzięki temu możemy sięgać coraz wyżej.
Piękne rzeczy są tam wysoko.

‚Smyczka za 700zł, york gratis!’

Notka instruktażowa pt. ‚jak uprzykrzyć życie żenującym, cwaniaczkowatym, macicożernym polaczkom – krótki kurs raportowania aukcji na internetowych serwisach ogłoszeniowych.’

Ustawa wsadziła nam do rąk silny oręż, dając solidniejsze podstawy do zgłaszania aukcji psów ‚rasowych bez rodowodu‚. Do tej pory raportowanie takich aukcji bywało nieskuteczne – choć oczywiście mieliśmy słuszność w ich zgłaszaniu, bo pies bez udokumentowanego pochodzenia nie jest psem rasowym. Podejście do ustawy jest rozmaite i zależy od serwisu – Allegro w swojej pazerności i zarobku na każdej wystawionej aukcji umywa ręce do tego procederu informując rozkosznie, że oni są tylko pośrednikiem i to w gestii sprzedającego leży zapewnienie, że wystawiany towar jest legalny (bimbają sobie również z litery polskiego prawa zwanej pomocnictwem) Tablica.pl jest znacznie bardziej nam przychylna, zmieniając mechanicznie ceny psów bez rodowodu na ‚za darmo’ Jednak nawet oni nie są w stanie skutecznie usuwać takich aukcji – a im dłużej one wiszą, tym więcej potencjalnych kupujących może te ogłoszenia znaleźć, a tym samym zadzwonić do sprzedającego i wejść w posiadanie cudnego pseudoyorka za pół tysiąca. Im szybciej więc zareagujemy, tym lepiej.

Przygotowałam mały tutorial, w którym starałam się krok po kroku opisać procedurę raportowania niezgodnych z prawem aukcji do władz Allegro. Z własnego doświadczenia wiem, że aukcje znikają. Raportujmy te pazerne, skurwysyńskie, leniwe, polaczkowate przedsiębiorcze szmiry. Może jestem idealistką (morderczynią może), może w dupie mi się poprzewracało, ale wolę, by kilka pierwszych niesprzedanych miotów skończyło w worku na drzewie w imię tych następnych, które przez nie-intratność interesu nigdy nie przyjdą na świat.

Tutorial dotyczy serwisu Allegro i ułatwia raportowanie aukcji, przez ich segregację i filtrowanie. Każdą aukcję trzeba niestety raportować ręcznie, ale mając je posortowane, obskoczenie jednej zajmuje mniej niż pół minuty. Każdy użytkownik może w ciągu dnia zaraportować 50 aukcji, a to naprawdę dużo.

Interesuje nas dokładnie ta kategoria, tutaj pokazane jak się do niej dostać (oczywiście raportujący nierasowe koty też są mile widziani!)

Kolejny krok to posortowanie tego chaosu – wybierając to ustawienie przesuwamy na sam koniec aukcje bezdomnych psów za złotówkę, a na górze lądują jak na talerzu nasi ukochani pseudohodowcy – czyli aukcje za 1200-150zł. Wybieramy więc sortowanie po cenie: najwyższej.

Teraz ukażą się nam posortowane względem ceny aukcje, ale na przodzie będą te promowane – czyli ich niewielka część. Jeśli jednak zjedziemy niżej, lub skoczymy na stronę drugą, naszym oczom powinno ukazać się coś takiego (na górze widać jeszcze ostatnią z promowanych aukcji, pod spodem zaczynają się już te, które nas interesują – proszę zwrócić uwagę na książkę o Cziczułała w okazyjnej cenie ;))

Aukcje polecam otwierać po kilka, w zakładkach – pomocny jest w tym środkowy przycisk myszy (kółeczko), które otwiera nam link w tle. Po otwarciu kilku takich rozkosznych aukcji, na ich stronie, ukaże nam się po prawej coś takiego:

Kopiujemy numer aukcji (na zielono) i klikamy w podkreślone na czerwono.

Jeśli chcemy (a chcemy!) oprócz zwykłego zraportowania aukcji napisać, dlaczego to robimy, poniżej pokazuję, jak dotrzeć do formularza, w którym możemy wkleić przygotowany wcześniej tekst (proponowany zamieszczam pod koniec notki)

Takie coś pojawi się nam po lewej stronie:

A takie coś po prawej:

Kolejny krok:

I wreszcie szansa na wykazanie się literackie.

Koniecznie w podkreślone na zielono miejsce należy wkleić numer raportowanej aukcji. Otrzymałam dyscyplinujący mail od Allegro, że spamuję im skrzynkę raportami aukcji, których numerów nie podaję – co jest dziwne, biorąc pod uwagę, że wysyłam raport z poziomu konkretnej aukcji przecież… Ale widocznie ta informacja jest potrzebna.

Można tym samym kontynuować przeglądanie serwisu i wklejanie do jednego raportu kilku, kilkunastu nawet aukcji, rozdzielonych przecinkami. To też wiele usprawnia!

…i gotowe!

Poniżej zamieszczam formułkę, którą wklejam przy raportowaniu aukcji. Proszę śmiało ją kopiować i używać jako własnej:

Od 1 stycznia 2012r. prawnie zakazany jest handel i czerpanie korzyści majątkowych ze sprzedaży psów bez rodowodu. Proszę o usunięcie tego ogłoszenia.

Psy bez rodowodu NIE SĄ rasowe, tym samym sprzedający wprowadza kupującego w błąd oferując przedmiot nieoryginalny z czystej chęci zarobku. Ten proceder nie różni się niczym od pakowania chińskiego chłamu ‚firmy’ Sonji ze stadionu tysiąclecia w karton po telewizorze Sony i sprzedawanie go o pięć stów taniej niż oryginalny, posiadający gwarancję i wsparcie techniczne telewizor z Media Marktu. NICZYM. Tyle tylko, że telewizor nie siedzi całe życie w ciemnej szopie, tonąc we własnych odchodach, wypuszczając co cieczkę miot rozkosznych, obsranych, umytych do zdjęcia, zarobaczonych szczeniaków. Bo po co pracować, płacić podatki, jak można produkować chodliwe ‚yorki’ i dzięki takim serwisom znajdować na nie nabywców.

Ten proceder możemy ukrócić – jak jeden z drugim przedsiębiorczy polaczek, przez zamknięte kanały dystrybucji, zostanie z piątką podrośniętych szczeniaków, na drugi raz zastanowi się trzy razy, zanim wpadnie na genialny pomysł zarabiania na czyjejś macicy.

Proszę, nie zgadzajcie się na ten żenujący dorobek leniwych ludzi, cwaniaczkowatych polaczków. Mamy w Polsce nadprodukcję psów, pełno pseudorasowych biedactw siedzi w schroniskach. Jest szansa, by to zmienić – proszę, bądźcie tą zmianą.

Serdecznie pozdrawiam,

Wieloletnia użytkowniczka Allegro.

Gorąco zachęcam, by w wolnej chwili obrobić z jedną, dwie strony aukcji/ogłoszeń. Im skuteczniej będziemy działać, tym krócej te ogłoszenia będą miały szansę wisieć i tym mniej osób będzie miało szansę je zobaczyć.

Notatka na marginesie

Dzień dobry! My tak o, skromnie, w ramach blogowej gimnastyki słowem, a trochę i dlatego, że do niedawna mieliśmy kategoryczny zakaz szalonych harców na świeżym powietrzu – Bongo, mój zaniedbany owoc pseudohodowli cudem wyrwany ze szponów śmierci ;) zaniemógł na kaszel kennelowy. Zaniemógł to wprawdzie przesada, bo on zupełnie nic sobie nie robił ze swoich potwornych pokasływań i kichań, ale definitywnie coś mu w płucach osiadło i siało spustoszenie. Z początku pani weterynarz zaaplikowała mu strzykawę w tyłek i poleciła karmić syropem, ale po paru dniach kaszel nie przechodził, a wręcz się nasilał. Przez tydzień więc młody był na dodupnych antybiotykach, a potem dostaliśmy tabletki aplikowane już doustnie w domowych pieleszach. Bo mój pies miał stresa, potwornego. Tak jak do tej pory do weterynarza ciągnął jak szalony, tak teraz ciągnie tak samo mocno, tyle, że w drugą stronę. Obcięcie jajek nie ruszyło go tak, jak cienka igła w dupie – i weź tu zrozum psa! Toteż wiedliśmy ostatnimi czasy żywot dość nudny, bo i pies miał bana na szaleństwa i pani dość sporo pracy, która na złość nie chce sama się za siebie wziąć! Bez sensu.

Ale! Robiliśmy też coś fajnego niedawno! Wybraliśmy się na seminarium obedience z Agnieszką Boczulą i wrażenia, eufemistycznie mówiąc, niesamowite :) Agnieszka ma legendarny dar, dzięki któremu Twój pies w jej rękach robi wszystko dokładnie Tak, Jak Powinno Być – momentalnie, na tip-top, robi wszystko to, do czego Tobie nie udało się go przekonać żadnym ze znanych sposobów. Jest to tak samo budujące (bo on jednak umie!) jak i denerwujące (bo ja, czas się przyznać, nie…) – więc w rękach Agnieszki Bonczek maszerował przyklejony do nogi jakby ona sama była wielką parówką, siadał gdy tylko się zatrzymała, pacał na trawę niewiarygodnie szybko i tak samo szybko znów ruszał… A potem wywołał salwę śmiechu wśród obserwujących współuczestników, kiedy za żadne skarby nie chciał wrócić do ćwiczeń ze mną, tylko całym sobą krzyczał ‘Agnieszko, zaadoptuj mnie, zaadoptuj mnie tu i teraz, a ja zrobię dla Ciebie wszystko’.

Sama Agnieszka, jeśli wierzyć Internetowi, jest postacią dość kontrowersyjną – w oświeconym świecie pozytywnych właścicieli psów negowana jest uparcie ewentualność (ba, myśl o niej nawet!) stosowania kar, przymusu czy jakichkolwiek innych środków służących do wybicia psy z głowy jego durnych pomysłów. Trudno się temu dziwić – obracając się w świecie miłych, przepraszających całym sobą borderków, których jedynymi problemami są niechętnie oddawane piłki, kroczek za dużo przy zmianie pozycji ze stania do siadu, ciążąca przy skoku do frisbee dupka czy inne podobnego kalibru grzeszki (dla właścicieli najupierdliwsze na świecie i o randze światowej oczywiście) – ciężko uwierzyć, że istnieją problemy o wiele, wiele większe i wymagające powzięcia konkretnych działań w celu ich wyeliminowania. Kliker nie jest lekarstwem na całe zło – a Agnieszka rozgranicza wyraźnie sytuacje, w których pracujemy z psem, bawimy się z nim, budujemy więź i zaufanie (i wtedy robienie z siebie zidiociałej piszczącej chodzącej parówki jest absolutnie koniecznie), a kiedy musimy rozwiązać problem, który bez konkretnej interwencji może skończyć się dramatycznie dla nas, dla naszego psa, czy dla bogu ducha winnego przechodnia. Z parówki zmieniamy się w kij, w twardy, stanowczy, ale rozsądny i zdeterminowany kij, bo to my mamy tę wiedzę i na nas leży konieczność uświadomienia psu, że pewne jego zachowania są niedopuszczalne. I koniec, kropka. Wiele psów z rozkoszą wymalowaną na pysku zjadłoby każdego mniejszego psa, wiele zjadłoby każdego większego, każdego innego samca, każdą sukę, wiele poodgryzałoby paluszki dzieciom, wyskoczyło na solo z pędzącym samochodem, przytargało za nogawkę rowerzystę, który ośmielił się wybrać sobie na przejażdżkę ten sam park… Najchętniej rozszarpałabym takiego czworonoga własnymi rękoma.

Mogę się tylko cieszyć, że nie mam takich problemów z moim psem – a tym samym nie mam absolutnie żadnych praw do krytykowania właścicieli szukających pomocy (bo oni już próbowali parówek, wszystkich, tych luksusowych też), jak i postępowania kogoś, kto jest ode mnie o lata świetlne mądrzejszy i kto w tym celu nie boi się sięgnąć po drastyczne metody, by rozwiązać drastyczne sytuacje. Śmieszą mnie dramatyczne posty młodych, przeambitnych właścicielek miłych psiaków, żyjących w świecie tęczy i jednorożców, które zza okopów puchowych poduszek ciskają granaty żółci i jadu w stronę kogoś, kogo w życiu nie widziały na oczy (żeby nie być gołosłownym – http://www.szkoleniepsow.fora.pl/problemy-wychowawcze,26/obroza-elektroniczna,7621-30.html) Chyba kiedyś też tak miałam – tylko że mi przeszło. Przeszło już dawno temu, a przeszło do końca, kiedy na seminarium siedemdziesięciokilowy samiec doga niemieckiego zaczął odwalać swój popisowy numer, na który właściciele skarżyli się już od dawna – ‘stanę tu i stał będę, a wy mnie obchodźcie, możecie pod, możecie nad, a najlepiej zamontujcie tyrolkę u sufitu, bo ja tu stoję i stać tu będę’ – a Agnieszka w niego wlazła i jej obute palce spoczęły na jego nieobutych palcach przednich łap. Pies zdziwił się swoim molosowym zdziwieniem i stwierdził, że w takim wypadku niewygodnie jest mu stać i być deptanym, i on w sumie woli pójść sobie gdzieś, gdzie nie depczą. NIE został manualnie przesunięty – bo wtedy nic by z tego nie wyniósł, a w dożym mózgu nie narodziłaby się nowa synapsa. On sam podjął decyzję o przerwaniu fizycznego dyskomfortu – został ukarany w zrozumiały dla siebie sposób i kolejnym razem o wiele bardziej ochoczo zmieniał swoje położenie zgodnie z wolą właścicieli. Z tymi samymi właścicielami bawił się minutę później w szaleńczą pogoń za uciekającą zabawką, od tej samej Agnieszki wyżerał wielkie kawały parówy razem z ręką, ćwicząc ‘siad’ i inne pozycje z psiego elementarza. W stosunku do Bongo nie były zastosowane żadne formy fizycznego przymusu, podczas ani jednej z naszych trzech sesji, a on sam, gdyby tylko odrosły mu jajca, w jednej chwili by się jej oświadczył.

Łatwo i przyjemnie jest zgrywać eksperta przez Internet, wieszając psy na osobie, która jednak wstała od tego komputera, wstała już dobrych parę lat temu i zabrała się za naprawianie tego, co my wszyscy tak soczyście spierdzieliliśmy – a niekiedy po prostu przyszło nam się borykać z fabrycznie spierdzielonymi psami – ale tak czy siak mamy problem. Często niemożliwy do zrozumienia, dopóki samemu się go nie doświadczy. To się chyba nazywa pokora – i to pokory życzę wszystkim właścicielom psów, a samym psom choć mglistego zainteresowania się tą parówką, zanim świat wymoże na właścicielu wyciągnięcie kija.

A wyjdę sobie po angielsku…

Świetnie ujął problematykę ludzko-psiej relacji w dzisiejszych czasach autor bloga, który zawieszony jest o, tutaj. W zasadzie nic odkrywczego i z pewnością to rzeczy oczywiste dla każdego, kto tu zajrzy (a może ja podrzucę adres Bonkersowego właścicielce dwóch popapranych, jazgoczących pseudojamników z parteru, co Wy na to ? ;))), ale chyba warto o nich krzyczeć co jakiś czas. Znów wpis o mało pozytywnym wydźwięku, wiem i wcale nie jest mi z tym dobrze, tym bardziej, że moja z psem współpraca przebiega znakomicie i zakochuję się w nim jeszcze mocniej i mocniej z każdym dniem. Ciekawe, czy on o tym wie :)

There is a silent and dangerous trend that has permeated the dog world for as long as dogs have switched over to companion animals. Hundreds of years ago dogs started the move from work and function to purely companion as their jobs were replaced.

Although I consider it a form of abuse, it most often happens with dogs in the most well meaning homes. Many people do not even realize what they are doing to their dogs. But often they are loving their dogs stupid. This incendiary process is unlike any other, as it does not involve neglect or mistreatment as we know it. In our overly human desire to give them the best in sharing our lives, people indulge the dog in every way…….. but neglect that we owe them a BRAIN. This irritates me to no end.

How do you assume any creature, when brought out of its own private environment, would not need education about the new environment???. Imagine moving to a foreign country and instead of helping you learn what to do in your new environment, all the locals did was hugged, kissed and fed you. They also gave you multiple choice on where the bathroom might be, never directing you, but bringing you to all these places. Then they yelled if you chose the wrong one……. Pretty useless?? Or if you raised a child and held that child in your arms till he/she were 21 years old…..no school, no friends, just there for YOU to love. Educational awareness of what is expected behavior and response, is the hallmark of what we owe the dog. To do anything else is to hold a dog captive for our own pleasure, like the proverbial “bird in a gilded cage”. These are unique beings that deserve to be the best they can be, like anything else on earth.

The dangerous part of the “dumbing of the dogs” is that their safety is compromised by not being trained and taught language. Response to commands is a safety mechanism and a structural mechanism for good behavior in the community. These dogs get hit by cars, bite people for lack of socialization, end up in shelters for not understanding appropriate behavior. Why? All for the benefit of the human who decided the dog was there to fill a void in that persons life or simply was not putting the dogs needs before their own. Thereby denying the dog a life of his own, and in the worse case scenario causing them their lives.

Having a dog is no different than having a child. Teaching manners, setting rules, giving love through learning and preparing them for the world is what we do for our kids. So the oddest thing to me is that most people who “dumb their dogs” truly may love them, treat them like family, but in a negative way. Why not give them the true family experience…… independence, structure and SMARTS. The reason animals have the ability to learn is because it is essential to their survival. And frankly, it is their RIGHT to learn.

We as dog owners owe the dog the chance to learn as much as possible. They didn’t ask to be taken home and used as a surrogate for a missing child, boyfriend, girlfriend, babe magnet, or any other person missing in our lives. This is on their “Bill of Dog Rights”. “I am to be trained and taught” is something we all signed on for. Their lives often depend on it. Not only should they learn….but they should learn as much as they can. Most dogs in shelters and rescues are there for no other reason than simply never being taught how to act appropriately in the community. This is often because in order to “dumb” a dog……it means you are spoiling the poor thing to death.

I fragment, który rozśmieszył mnie do łez :

People who say “Dogs should be dogs”….WHAT THE HELL DOES THAT MEAN????

No właśnie. Co to do cholery ma znaczyć tak naprawdę ?!

Perypetie.

Gdzie jakaś miła, ciepła sytuacja – dla równowagi, choć może to ja zbyt emocjonalnie do życia z psem podchodzę ? Chwil przykrych jest ogromnie wiele i ich powodem nigdy nie jest sam pies – to cała psia otoczka, wcześniej dla człowieka bezpsowego niezauważalna, jest punktem zapalnym następujących wręcz lawinowo dramatów. Nasz Pies raczy się jarzynową zupką podaną gdzieś w krzakach pod blokiem, bo ktoś wcześniej postanowił wspaniałomyślnie podać do stołu tamże. Nasz Pies podbiega do człowieka stojącego po drugiej stronie ulicy, bo człowiek jest rozciumciany, rozcmokany i w dodatku kuca, wymachując rozkosznie szeleszczącą siatką. Nasz Pies w zabawie z kumplem rozdziera mordę jak głupi, bo sterczący całe dnie na balkonie jamnik sąsiadki pokazał mu, jak wspaniała i samonagradzająca jest to czynność, a pokazał dlatego, że w jego nudnym życiu tylko to już mu pozostało. Nasz Pies zaczyna warczeć na innego psa, który ucieka w podskokach z Naszego Psa zabawką w mordzie i ani myśli oddać, jego pani zaś rozpoczyna żałosny pościg za winowajcą, bo nie jest w stanie za żadne skarby zachęcić go do powrotu i wyplucia zdobyczy, by zażegnać konflikt.

Mamy zżeranie śmieci, ucieczkę, ignorowanie, szczekanie, warczenie – pozornie stoi za tym jarzynowa zupa, szeleszcząca siatka, jamnik i Wielki Szybki Złodziejski Kundel.

Tylko że w każdym przykładzie to człowiek jest.

To człowiek tworzy dla psa chore środowisko, utrudniając mu podejmowanie słusznych decyzji (a często słuszność nasza i słuszność psia się pokrywa!), wysyłając sprzeczne sygnały, wrzucając go na głęboką wodę, bądź, przeciwnie, pozwalając wejść tylko do kałuży. Idealnym przykładem może być spotkana przez nas na przystanku autobusowym Pani, która widząc Bonkersa ze smyczą chwilowo za nim się wlokącą, pełna dobrych intencji poradziła mi, bym tę smycz chwyciła, bo niedawno na jej oczach przebiegający luzem przez ulicę młody labrador został przez samochód trzaśnięty tak spektakularnie, że nie było czego zeskrobywać. Rozsądna była to uwaga i już zbierałam się do podziękowań, kiedy ta sama pani raptownie potruchtała kurcgalopkiem ku mojemu psu, kucając i wyciągając ręce, wysokim głosem informując go, że jest taki śliczny, piękny, grzeczny i ona musi go pogłaskać ko-niecz-nie i niech on do niej przyjdzie ! Oj, zagotowało się we mnie nieziemsko, zadziałał chyba efekt kontrastu – jak ktoś może być w jednej chwili tak mądry, a w drugiej wręcz oślepiać głupotą nadjeżdżające samochody… ‚Ale proszę pani, pani mówi jedno, a robi drugie; proszę nie zachęcać mojego psa do podejścia, co jeśli nauczy się tego, a za drugim razem zapragnie go przywołać ktoś stojący po drugiej stronie ulicy?’

Ruchliwa była to jezdnia za jej plecami, ale na kilka wahnięć psiego ogona zrobiło się bardzo, bardzo cicho.

Pływaliśmy :

…bo muszę przypomnieć sobie coś miłego.

Wytrzyj ręce w mojego psa, teraz!

Międzynarodowy Dzień Wycierania Rąk W Cudzego Psa jest dzisiaj. Jest też jutro, pojutrze pewnie też, jeśli nie zostaniemy w domu. W przyszłym tygodniu też, a jak. Każdy będzie miał okazję wytrzeć ręce w cudzego psa!

Jaki wyrzut w oczach, kiedy psa smyczą od cmokającego człowieka odciągam. Kiedy rzucam mu szybkie ‚siad’ i bez serca każę mu się w siebie wpatrywać – nie skakać brudnymi łapami po czyiś białych spodniach, nie gryźć zabawowo delikatnych rączek małych dzieci, nie pobiec do wołającej go osoby stojącej po drugiej stronie ruchliwej ulicy. Jak wielką krzywdę robię mojemu psu, że odciągam go i rozkazuję siedzieć!

Dziś w autobusie nieopodal nas siedziała para w wieku moich rodziców, zawzięcie o czymś dyskutując. Bonkers nie był w zasięgu ich wzroku, tylko nieco z tyłu – zdawali sobie sprawę z jego obecności, ale nie mogli ciągle obserwować, każde więc jego pojawienie się wzbudzało zainteresowanie. Kiedy już mieliśmy wysiadać, mój pies, poderwany z waruja, podszedł kilka kroków w ich kierunku by zakręcić po łuku, co nie obeszło się bez echa – stateczny pan zaczął do niego cmokać i wyciągać ręce, pani wychyliła się obserwując, a ja, bez emocji, przyciągnęłam energicznie startującego już (równie energicznie) w ich stronę rozmerdanego Bonkersa i rozkazałam mu usiąść, dodając ‚proszę nie cmokać na mojego psa’. Pani oburzyła się wielce : ‚A niby kto cmokał?’ – ‚Ja cmokałem’ – odpowiedział zgodnie z prawdą pan i rozpętała się urocza dysputa na mój temat. Niewiele z niej do mnie dotarło, bo drzwi otwierały się już z głośnym trzaskiem, ale pejoratywnie w ich ustach nacechowane ‚Warszawianka’ zdołałam usłyszeć.

Moi drodzy – taka to ze mnie Warszawianka.

Oto rozwiązanie dla osób z Kompleksem Małych Miejscowości – wystarczy nie pozwalać każdemu wycierać łap w swojego psa.