Decyzja o losie państwa podjęta.

Głosowaliśmy, razem oczywiście, no bo jak inaczej. Młody niepełnoletni, ale towarzyszył dzielnie, siedząc cierpliwie przed urną wyborczą z wypełnioną kartą do głosowania w pysku, wywołując powszechny podziw wśród zebranych. Wpuścili nas pod warunkiem, że przybiegnie się radośnie przywitać z siedzącą za stołem komisją kontroli gier i zakładów – no i przybiegł, dwa razy mu powtarzać nie trzeba było. Takie dziwne miejsca też wizytujemy, a mały jest szczęśliwie mile widziany gdziekolwiek się pojawimy. Ma rewelacyjne maniery, a im więcej tego typu sytuacji inicjuję, tym mniej w nim ekscytacji, a więcej opanowania i skupienia na mnie.

Drugie i ostatnie zdjęcie z serii subtelnego manifestowania poglądów :

Przyznam się do paskudnego wypadku, którego staliśmy się przyczyną i z którego powodu jest mi do teraz bardzo głupio. Jak co dzień wpakowaliśmy się do autobusu i chwilę później okazało się, że nie jesteśmy w nim jedynym sześcionożnym duetem – daleko, daleko, po drugiej stronie maszyny, w okolicy kierowcy, ulokował się młody, na oko ośmiomiesięczny biszkoptowy labrador z właścicielką. Grzeczny do czasu, gdy zobaczył Bonkersa – obecność mojego psa, choć daleka, zadziałała na niego tak zabawowo nakręcająco, że pierwotne ‚tylko i aż’ sterczenie jak zaczarowany z rozmerdanym ogonem przerodziło się niespodziewanie w – uwaga – Cholernie Donośne Szczeknięcie. Staliśmy wtedy w korku a cisza panowała wokół jak makiem zasiał. Psia vuvuzela poderwała wszystkich pasażerów na równe nogi, ja skuliłam się na siedzeniu i przyciągnęłam Bonkersa do siebie tak, by był kompletnie niewykrywalny z żadnej ze stron, a kierowca jak nie rozdarł się na właścicielkę winowajcy ! I jak tu wytłumaczyć, że to był szczek prowokacyjno-zabawowy, że bez złych intencji, że z dobrego serca płynący – labradorza pani próbowała jak mogła, ja stawałam się jednością z fotelem coraz bardziej i lico mi pąsowiało, ale przecież się nie ujawnię, psy się zaczną kotłować z radości, a kierowcę trafi szlag, że mu się bestie rozmnożyły i zamiast jednej potencjalnie morderczej pary szczęk ma pary dwie, i dwie nawiedzone kobity przekonujące go totalnie bezcelowo, że one grzeczne, łagodne i konieczne do dalszej jazdy absolutnie. Wysiadłam na następnym przystanku i resztę drogi przebyliśmy pieszo. Pies mój był zachwycony.

‘Błękitny 24′ wylądował.

Waruj-zostań buduje,
bo piłka na sznurku jest najważniejsza!

Jakie to jest rewelacyjne, że ja go mogę usadzić i ułożyć gdziekolwiek, zabawką przed nosem pomachać, a on trwa i trwa. Zdjęcie pozowane, ale scenografia nie mojego autorstwa, nie! – można zauważyć, że szybko nam ta nasza dzieciarnia dojrzewa…

Mój pies głosuje na Bronka. A Ty?

;)