‚Zrób to sam’ wieczorową porą, czyli o plastelinie.

To smutne, ile frajdy z posiadania psa nieuświadomieni ludzie odbierają sobie sami. To jakby kupić sobie MacBook’a Pro do sprawdzania maila, jak PSVitę do emulacji Game Boya, jak Chivas Regal do mieszania z colą, jak szpilki od Louboutina do popylania po Galerii Mokotowskiej… Niby można, tylko ile z tego frajdy, jak wiele potencjału marnuje się na własne życzenie, jak wiele możliwości nigdy nie zostanie wykorzystanych, uśpionych na zawsze. I tylko wzdychanie do psa sąsiadki, że on mądry taki, usłuchany, bezproblemowy, radość chodząca, no a mój, pani droga, głupi taki, niegrzeczny…

A wystarczy strzelać parówkami z karabinu maszynowego prosto w szczeniakowy pysk, powtarzając jego imię do porzygu obu stron, a potem posprzątać i zrobić to jeszcze raz, i jeszcze jeden, i jeszcze. A wystarczy napchać kieszenie kurtki żółtym serem i co chwila wołać, nagradzając każde przyjście czymś więcej niż tylko ‚szybciej się nie dało?!’, kucając, uciekając w drugą stronę, bawiąc się kępką trawy, radośnie piszcząc. Wystarczy upleść prowizoryczny szarpak ze starej koszuli i pozwolić szczeniakowi połamać sobie na nim mleczne zęby, w domu, na klatce, na dworze, na przystanku. Warczeć, szarpać, ciągnąć po podłodze, wyrzucić przed siebie i wystartować jeszcze przed psem, by za każdym razem zdążyć złapać go razem, by za każdym razem kreować idealny świat wspólnych sukcesów, wspólnej satysfakcjonującej pracy, szalonej rywalizacji o podium mieszczące dwójkę zwycięzców. Wystarczy pozwolić zrównoważonym, starszym psom, które spotykać się będzie przez najbliższe piętnaście lat, poznać szczeniaka, póki jeszcze jest szczeniakiem, póki z urzędu jest mu przyznany szczenięcy immunitet, póki rozmerdany ogon wita każdą parę czterech łap i każdą parę dwóch – parę wysoką i niską, grubą i chudą, cichą i piskliwą, nagą i okutaną w puchową kurtkę, z parasolem, siatkami pełnymi zakupów, kosiarką do trawy, krasnoludzką brodą, habitem, hidżabem, burką, futrem z lisów… Wystarczy przewiercić sznurek przez dwie identyczne gumowe piłki i rzucać je na przemian jedną i drugą stronę, rzeźbiąc od samego początku solidne podstawy pod przyszły aport – wielkie słowo, dla wielu przerażające, z założenia nieosiągalne, a przecież to jedna z najważniejszych psioludzkich umiejętności – przede wszystkim przez płynącą z niego frajdę. Nie chodzi o żaden popęd łupu, o teamwork, użytkowość, więź, o żadne z tych hermetycznych, zbyt mądrych słów – chodzi po prostu o czystą frajdę z rzucania psu piłki, o jego zmęczenie, o naszą radość i dumę z posiadania mądrego, fajnego, kumatego psa zachowującego się jak pies właśnie, jak te z filmów, z kreskówek. Aportującego psa, którego smyczą staje się piłka, którego można wypożyczyć czteroletniej córce znajomych i obserwować ze śmiechem nieporadność jednej strony i śmiertelnie poważne podejście do zadania drugiej; i nakręcić, i wrzucić na Youtube, i pękać z dumy z każdym lajkiem, z każdym komentarzem. Wystarczy przeprowadzić psa za kiełbasą przez labirynt szeroko rozstawionych nóg, jeden, drugi, dziesiąty raz – obserwować jak z każdym kolejnym przejściem robi to pewniej, szybciej, dłużej – jak mimowolnie siada wodząc wzrokiem za uciekającą piętką chleba, jak kładzie na podłodze by zlizać stamtąd twarożek, jak trąca łapą zamkniętego w dłoni kurczaka. Wystarczy zdać sobie sprawę, jak bardzo takie małe rzeczy pomagają w codziennym życiu w społeczności pełnej frustratów, lękowców i elementów kompatybilnie wątpliwych – jak odganiają strach starszych osób siedzących za karę na tym samym przystanku; jak przykuwają spojrzenia zdystansowanych nadopiekuńczych mam i cegiełka po cegiełce wpływają na zmianę ich stosunku do całego psiego świata; jak cieszą i inspirują osiedlowe dzieciaki, które przerywają grę w piłkę, żeby popatrzeć na tego cyrkowego psa, a po powrocie do domu spróbować tego samego z własnym.

Wystarczy uświadomić sobie, że to nie kolejny mebel, że wraz z wzięciem pod swój dach psa, bierzemy na siebie obowiązek zapewnienia mu najwspanialszego, najszczęśliwszego, najbardziej satysfakcjonującego życia. Ale najlepsze jest to, że ten obowiązek jest jednocześnie ogromną przyjemnością – bo o ile przyjemność z poskładania Ikeowskiej komody kończy się w momencie wsunięcia w nią ostatniej szuflady i odetchnięcia z ulgą, o tyle przyjemność z posiadania psa to niekończące się wyciąganie kolejnych szuflad, jednej za drugą. I wywołuje nie uczucie ulgi, że wreszcie, że już, ale nieopisany zachwyt. Zachwyt, że jeszcze, że wciąż tyle, że ale jak to, że to przecież dopiero początek. Że szuflady pełne piasku, sierści, kozaków przerobionych na sandały, nóg łóżka zmielonych na wiór, szuflady nieposłuszeństwa, ucieczek, strachu, wyszczerzonych zębów, nieprzyniesionych piłek, zignorowanych poleceń – są na samym dole, a my z każdym dniem wspinamy się po nich i tylko dzięki temu możemy sięgać coraz wyżej.
Piękne rzeczy są tam wysoko.

Reklamy

Dwanaście rzeczy, za które uwielbiam mojego psa.

Dlaczego dwanaście? Bo w kartonie na psie zabawki mamy dwanaście poobgryzanych dysków, bo rok ma dwanaście miesięcy, bo w Border Collie jest dwanaście liter, podobnie jak w Great Britain ;)…

Dwanaście, nie mogło być inaczej!

    1. Lisikłębek Uszosterczący, z nosem zakrytym kitą i parą błękitnych oczu, łypiących na każdy najcichszy dźwięk, bo może to właśnie ten dźwięk, który zapowiada Wstanie I Wyjście. Uwielbiam ten jego lisikłębek, uwielbiam podejść wtedy do niego i wtulić się w zgięty grzbiet, i słuchać jak oddycha, i wiedzieć, że te przytulanki wcale a wcale mu się nie podobają, że on czeka na Wyjście, skoro Wstanie już jest, ale leży cierpliwie, bo taka jest funkcja psa i on o tym wie.

    2. Notoryczne Ziewanie, ziewanie przy każdej możliwej okazji i każdej bezokazji – ziewanie na dzień dobry z rozespania, ziewanie na dobranoc ze zmęczenia, ziewanie przedspacerowe z podekscytowania, ziewanie z wokalizacją i tym rozkosznym ‘oooouuu’ pod sam koniec, kiedy już absolutnie nie może się doczekać otwieranych na Świat drzwi i wszystko w środku zaczyna śpiewać i to śpiewanie wydobywa się z paszczy w postaci mojego ulubionego ziewania.

    3. Przeciąganie Przednie i Tylne – czasem jest tylko przednie, a czasem jedno po drugim – jest wtedy Taaaaki Dłuuuugi, jak sąsiadki jamnik, tylko że on wraca do poprzednich wymiarów, a sąsiadki jamnik nigdy. Uwielbiam to, że kiedy podniosę go za tylne nogi, on nie ucieka, nie boi się, tylko zaczyna się przeciągać, wyginając ciało w łuk, prostując tylne nogi, które wyciągam mu wysoko, wysoko, do samego sufitu, a on się przeciąga, przeciąga…

    4. Mruczenie – Mruczenie Zrezygnowane, kiedy bezskuteczne próby oderwania pani od komputera kończą się mruknięciem desperacji, a on zwija się w Lisikłębek i pogrąża w cierpieniu. Uwielbiam też jego Mruczenie Wymuszone, kiedy ucisk na klatkę piersiową skutkuje niskim, gardłowym, donośnym ‘mmm’, a czasem całą serią tych westchnięć po całej serii uciśnięć, jak karabin maszynowy strzelający cudownym dźwiękiem.

    5. Prawo- i Lewoskręt Paszczowy – bo on rozumie słowo wypowiedziane lepiej, kiedy przekrzywi głowę, a jeszcze lepiej, kiedy z kolejnym słowem przekrzywi ją w drugą stronę. I stoi tak, skupiony, uważny, kręcąc głową na lewo i prawo, z każdym dźwiękiem coraz bardziej zaciekawiony. Uwielbiam z nim rozmawiać i przekrzywiać moją głowę, by dopasować ją do aktualnego położenia jego, wtedy rozumiemy się najlepiej, bo słowa nie muszą podróżować ukośnie, a po prostej. To przecież takie oczywiste.

    6. Mina Szaleńca – kiedy wpatruje się we mnie z lekko otwartym pyskiem o czubku języka wystającym spomiędzy kłów, szeroko otwartymi oczami, uszami wystrzelonymi ku niebu i przyspieszonym oddechem, który co chwila unosi całą sylwetkę, sprawiając wrażenie, że Szaleniec szybuje, tylko z jakichś powodów nie jest w stanie jeszcze oderwać się od ziemi. I stoi tak nade mną, wpatruje uparcie, z dołu jego głowa wydaje się taka wielka, taka masywna i trójkątna, a on sam jest taki decyzyjny i konkretny – ‘wstawaj, nie leż, chodźmy, spacer, ja i ty, teraz, zaraz, już’. Z Miną Szaleńca nie ma dyskusji, jest tylko posłuszne wykonywanie dyspozycji.

    7. Gestapowskie Typowanie – uwielbiam, kiedy ustawia osiedlowe dzieciaki w jednym, prostym rzędzie i wybiera podług sobie tylko znanego wzoru tego szczęśliwca, który dostąpi zaszczytu kolejnego rzutu piłeczką. I dzieciaki stoją, cierpliwe, nieruchome, czekając na swoją kolej. Żadne z nich nie rzuci drugi raz, zanim wszystkie nie rzucą jeden. Jest nieubłagany, nie działają żadne prośby, żadne wysoko podnoszone ręce, niecierpliwe podskoki, bongowołania – on ma w głowie swoją kolej i ani myśli dać się ubłagać na jakąkolwiek jej modyfikację.

    8. Dzieciopraca – wszystko to, co robi ze mną, robi z każdym chętnym dzieciakiem. Slalomuje, skrada się, turla, obiega, podskakuje, waruje, traktuje swoją pracę na serio, niezależnie od wieku i kompetencji pracodawcy. I kontekstualizuje, odczytując gesty wyraźniej, niż sepleniące słowa, umożliwiając dzieciakom wygrywanie za każdym razem; nieważne, że podawane przez nie hasło to najczęściej ‘okoń’. A mógłby zaprotestować, stwierdzić, że nie gada z idiotami, że ta niekompetencja jest żenująca; on cierpliwie puszcza mimo uszu ‘turlaje’ zamiast ‘rollów’, ‘kładzenie się’ w miejsce ‘warujów’, ‘wypluwanie’ a nie ‘puszczanie’ – pracuje z właściwym sobie oddaniem, wyrabiając sto procent normy, mimo kompletnie innych poleceń, wykonuje komendy, których nigdy wcześniej nie słyszał i zawsze wykonuje je perfekcyjnie.

    9. Etatowy Chwytakopodajnik – wszystkiego. Kluczy, woreczków, chusteczek, monet, legitymacji studenckiej, komórki, rękawiczek, gumowych piłeczek podczas moich nieudanych prób nauki żonglowania. Jest zawsze czujny i chętny do pomocy, a często nawet uprzedza moją komendę, podając wypadnięty przedmiot zanim ja w ogóle zdążę się zorientować, że mi wypadł. Wuef na studiach jest jedyną okazją, żebym mogła wykonać przysiad – na co dzień nigdy nie muszę.

    10. Nadpsiejstwo – jako Nadpies, z urzędu ignoruje wszystkich osiedlowych czterołapych dupozawracaczy, sfrustrowanych smyczoszczekaczy, bezsmyczowych podbiegających wąchaczy podogonowych, podpitych cmokaczy, całą tę żenującą hołotę usiłującą choć na chwilę pławić się w blasku jego Nadpsiejstwa. Zbywa ją grzecznościowym machnięciem ogona, omija płynnym łukiem, a jego aura perfekcji ciągnie się za nim długo po tym, jak zniknie im z oczu. A ja zbieram dostarczone mi przez niego śmieszne miny okrutnie zignorowanych, do kości upokorzonych właścicieli szarpiących się na smyczy Podpsów do mojego mentalnego albumu zwycięstw i karmię się nimi z lubością, paskudną wyższością, którą zapewnia mi mój Nadpies. Niedawno, pod klatką schodową, kiedy już wracaliśmy ze spaceru, minęły nas w szaleńczym pędzie dwa rozbiegane mikrojazgoty, a sąsiadka zachwycona wewnętrznym spokojem mojego psa powiedziała do nas ‘ten pani pies, jak pani to robi, że on taki zrównoważony, że on nigdy nie szczeka?’; ‘Ja? Ja nic nie zrobiłam. Bongo uważa, że Jazgot jest Domeną Słabych’. Sąsiadka miała taką minę, jakby te Wielkie Litery było w mojej wypowiedzi po prostu słychać. I uśmiechnęła się, tak fajnie, po ludzku, a ja uśmiechnęłam się do mojego Nadpsa.

    11. Bo jest ze mną.

    12. Bo Czeka ze mną na Niego :)

A Ty? Za co Ty uwielbiasz swojego psa?

‚Smyczka za 700zł, york gratis!’

Notka instruktażowa pt. ‚jak uprzykrzyć życie żenującym, cwaniaczkowatym, macicożernym polaczkom – krótki kurs raportowania aukcji na internetowych serwisach ogłoszeniowych.’

Ustawa wsadziła nam do rąk silny oręż, dając solidniejsze podstawy do zgłaszania aukcji psów ‚rasowych bez rodowodu‚. Do tej pory raportowanie takich aukcji bywało nieskuteczne – choć oczywiście mieliśmy słuszność w ich zgłaszaniu, bo pies bez udokumentowanego pochodzenia nie jest psem rasowym. Podejście do ustawy jest rozmaite i zależy od serwisu – Allegro w swojej pazerności i zarobku na każdej wystawionej aukcji umywa ręce do tego procederu informując rozkosznie, że oni są tylko pośrednikiem i to w gestii sprzedającego leży zapewnienie, że wystawiany towar jest legalny (bimbają sobie również z litery polskiego prawa zwanej pomocnictwem) Tablica.pl jest znacznie bardziej nam przychylna, zmieniając mechanicznie ceny psów bez rodowodu na ‚za darmo’ Jednak nawet oni nie są w stanie skutecznie usuwać takich aukcji – a im dłużej one wiszą, tym więcej potencjalnych kupujących może te ogłoszenia znaleźć, a tym samym zadzwonić do sprzedającego i wejść w posiadanie cudnego pseudoyorka za pół tysiąca. Im szybciej więc zareagujemy, tym lepiej.

Przygotowałam mały tutorial, w którym starałam się krok po kroku opisać procedurę raportowania niezgodnych z prawem aukcji do władz Allegro. Z własnego doświadczenia wiem, że aukcje znikają. Raportujmy te pazerne, skurwysyńskie, leniwe, polaczkowate przedsiębiorcze szmiry. Może jestem idealistką (morderczynią może), może w dupie mi się poprzewracało, ale wolę, by kilka pierwszych niesprzedanych miotów skończyło w worku na drzewie w imię tych następnych, które przez nie-intratność interesu nigdy nie przyjdą na świat.

Tutorial dotyczy serwisu Allegro i ułatwia raportowanie aukcji, przez ich segregację i filtrowanie. Każdą aukcję trzeba niestety raportować ręcznie, ale mając je posortowane, obskoczenie jednej zajmuje mniej niż pół minuty. Każdy użytkownik może w ciągu dnia zaraportować 50 aukcji, a to naprawdę dużo.

Interesuje nas dokładnie ta kategoria, tutaj pokazane jak się do niej dostać (oczywiście raportujący nierasowe koty też są mile widziani!)

Kolejny krok to posortowanie tego chaosu – wybierając to ustawienie przesuwamy na sam koniec aukcje bezdomnych psów za złotówkę, a na górze lądują jak na talerzu nasi ukochani pseudohodowcy – czyli aukcje za 1200-150zł. Wybieramy więc sortowanie po cenie: najwyższej.

Teraz ukażą się nam posortowane względem ceny aukcje, ale na przodzie będą te promowane – czyli ich niewielka część. Jeśli jednak zjedziemy niżej, lub skoczymy na stronę drugą, naszym oczom powinno ukazać się coś takiego (na górze widać jeszcze ostatnią z promowanych aukcji, pod spodem zaczynają się już te, które nas interesują – proszę zwrócić uwagę na książkę o Cziczułała w okazyjnej cenie ;))

Aukcje polecam otwierać po kilka, w zakładkach – pomocny jest w tym środkowy przycisk myszy (kółeczko), które otwiera nam link w tle. Po otwarciu kilku takich rozkosznych aukcji, na ich stronie, ukaże nam się po prawej coś takiego:

Kopiujemy numer aukcji (na zielono) i klikamy w podkreślone na czerwono.

Jeśli chcemy (a chcemy!) oprócz zwykłego zraportowania aukcji napisać, dlaczego to robimy, poniżej pokazuję, jak dotrzeć do formularza, w którym możemy wkleić przygotowany wcześniej tekst (proponowany zamieszczam pod koniec notki)

Takie coś pojawi się nam po lewej stronie:

A takie coś po prawej:

Kolejny krok:

I wreszcie szansa na wykazanie się literackie.

Koniecznie w podkreślone na zielono miejsce należy wkleić numer raportowanej aukcji. Otrzymałam dyscyplinujący mail od Allegro, że spamuję im skrzynkę raportami aukcji, których numerów nie podaję – co jest dziwne, biorąc pod uwagę, że wysyłam raport z poziomu konkretnej aukcji przecież… Ale widocznie ta informacja jest potrzebna.

Można tym samym kontynuować przeglądanie serwisu i wklejanie do jednego raportu kilku, kilkunastu nawet aukcji, rozdzielonych przecinkami. To też wiele usprawnia!

…i gotowe!

Poniżej zamieszczam formułkę, którą wklejam przy raportowaniu aukcji. Proszę śmiało ją kopiować i używać jako własnej:

Od 1 stycznia 2012r. prawnie zakazany jest handel i czerpanie korzyści majątkowych ze sprzedaży psów bez rodowodu. Proszę o usunięcie tego ogłoszenia.

Psy bez rodowodu NIE SĄ rasowe, tym samym sprzedający wprowadza kupującego w błąd oferując przedmiot nieoryginalny z czystej chęci zarobku. Ten proceder nie różni się niczym od pakowania chińskiego chłamu ‚firmy’ Sonji ze stadionu tysiąclecia w karton po telewizorze Sony i sprzedawanie go o pięć stów taniej niż oryginalny, posiadający gwarancję i wsparcie techniczne telewizor z Media Marktu. NICZYM. Tyle tylko, że telewizor nie siedzi całe życie w ciemnej szopie, tonąc we własnych odchodach, wypuszczając co cieczkę miot rozkosznych, obsranych, umytych do zdjęcia, zarobaczonych szczeniaków. Bo po co pracować, płacić podatki, jak można produkować chodliwe ‚yorki’ i dzięki takim serwisom znajdować na nie nabywców.

Ten proceder możemy ukrócić – jak jeden z drugim przedsiębiorczy polaczek, przez zamknięte kanały dystrybucji, zostanie z piątką podrośniętych szczeniaków, na drugi raz zastanowi się trzy razy, zanim wpadnie na genialny pomysł zarabiania na czyjejś macicy.

Proszę, nie zgadzajcie się na ten żenujący dorobek leniwych ludzi, cwaniaczkowatych polaczków. Mamy w Polsce nadprodukcję psów, pełno pseudorasowych biedactw siedzi w schroniskach. Jest szansa, by to zmienić – proszę, bądźcie tą zmianą.

Serdecznie pozdrawiam,

Wieloletnia użytkowniczka Allegro.

Gorąco zachęcam, by w wolnej chwili obrobić z jedną, dwie strony aukcji/ogłoszeń. Im skuteczniej będziemy działać, tym krócej te ogłoszenia będą miały szansę wisieć i tym mniej osób będzie miało szansę je zobaczyć.

A wyjdę sobie po angielsku…

Świetnie ujął problematykę ludzko-psiej relacji w dzisiejszych czasach autor bloga, który zawieszony jest o, tutaj. W zasadzie nic odkrywczego i z pewnością to rzeczy oczywiste dla każdego, kto tu zajrzy (a może ja podrzucę adres Bonkersowego właścicielce dwóch popapranych, jazgoczących pseudojamników z parteru, co Wy na to ? ;))), ale chyba warto o nich krzyczeć co jakiś czas. Znów wpis o mało pozytywnym wydźwięku, wiem i wcale nie jest mi z tym dobrze, tym bardziej, że moja z psem współpraca przebiega znakomicie i zakochuję się w nim jeszcze mocniej i mocniej z każdym dniem. Ciekawe, czy on o tym wie :)

There is a silent and dangerous trend that has permeated the dog world for as long as dogs have switched over to companion animals. Hundreds of years ago dogs started the move from work and function to purely companion as their jobs were replaced.

Although I consider it a form of abuse, it most often happens with dogs in the most well meaning homes. Many people do not even realize what they are doing to their dogs. But often they are loving their dogs stupid. This incendiary process is unlike any other, as it does not involve neglect or mistreatment as we know it. In our overly human desire to give them the best in sharing our lives, people indulge the dog in every way…….. but neglect that we owe them a BRAIN. This irritates me to no end.

How do you assume any creature, when brought out of its own private environment, would not need education about the new environment???. Imagine moving to a foreign country and instead of helping you learn what to do in your new environment, all the locals did was hugged, kissed and fed you. They also gave you multiple choice on where the bathroom might be, never directing you, but bringing you to all these places. Then they yelled if you chose the wrong one……. Pretty useless?? Or if you raised a child and held that child in your arms till he/she were 21 years old…..no school, no friends, just there for YOU to love. Educational awareness of what is expected behavior and response, is the hallmark of what we owe the dog. To do anything else is to hold a dog captive for our own pleasure, like the proverbial “bird in a gilded cage”. These are unique beings that deserve to be the best they can be, like anything else on earth.

The dangerous part of the “dumbing of the dogs” is that their safety is compromised by not being trained and taught language. Response to commands is a safety mechanism and a structural mechanism for good behavior in the community. These dogs get hit by cars, bite people for lack of socialization, end up in shelters for not understanding appropriate behavior. Why? All for the benefit of the human who decided the dog was there to fill a void in that persons life or simply was not putting the dogs needs before their own. Thereby denying the dog a life of his own, and in the worse case scenario causing them their lives.

Having a dog is no different than having a child. Teaching manners, setting rules, giving love through learning and preparing them for the world is what we do for our kids. So the oddest thing to me is that most people who “dumb their dogs” truly may love them, treat them like family, but in a negative way. Why not give them the true family experience…… independence, structure and SMARTS. The reason animals have the ability to learn is because it is essential to their survival. And frankly, it is their RIGHT to learn.

We as dog owners owe the dog the chance to learn as much as possible. They didn’t ask to be taken home and used as a surrogate for a missing child, boyfriend, girlfriend, babe magnet, or any other person missing in our lives. This is on their “Bill of Dog Rights”. “I am to be trained and taught” is something we all signed on for. Their lives often depend on it. Not only should they learn….but they should learn as much as they can. Most dogs in shelters and rescues are there for no other reason than simply never being taught how to act appropriately in the community. This is often because in order to “dumb” a dog……it means you are spoiling the poor thing to death.

I fragment, który rozśmieszył mnie do łez :

People who say “Dogs should be dogs”….WHAT THE HELL DOES THAT MEAN????

No właśnie. Co to do cholery ma znaczyć tak naprawdę ?!

Decyzja o losie państwa podjęta.

Głosowaliśmy, razem oczywiście, no bo jak inaczej. Młody niepełnoletni, ale towarzyszył dzielnie, siedząc cierpliwie przed urną wyborczą z wypełnioną kartą do głosowania w pysku, wywołując powszechny podziw wśród zebranych. Wpuścili nas pod warunkiem, że przybiegnie się radośnie przywitać z siedzącą za stołem komisją kontroli gier i zakładów – no i przybiegł, dwa razy mu powtarzać nie trzeba było. Takie dziwne miejsca też wizytujemy, a mały jest szczęśliwie mile widziany gdziekolwiek się pojawimy. Ma rewelacyjne maniery, a im więcej tego typu sytuacji inicjuję, tym mniej w nim ekscytacji, a więcej opanowania i skupienia na mnie.

Drugie i ostatnie zdjęcie z serii subtelnego manifestowania poglądów :

Przyznam się do paskudnego wypadku, którego staliśmy się przyczyną i z którego powodu jest mi do teraz bardzo głupio. Jak co dzień wpakowaliśmy się do autobusu i chwilę później okazało się, że nie jesteśmy w nim jedynym sześcionożnym duetem – daleko, daleko, po drugiej stronie maszyny, w okolicy kierowcy, ulokował się młody, na oko ośmiomiesięczny biszkoptowy labrador z właścicielką. Grzeczny do czasu, gdy zobaczył Bonkersa – obecność mojego psa, choć daleka, zadziałała na niego tak zabawowo nakręcająco, że pierwotne ‚tylko i aż’ sterczenie jak zaczarowany z rozmerdanym ogonem przerodziło się niespodziewanie w – uwaga – Cholernie Donośne Szczeknięcie. Staliśmy wtedy w korku a cisza panowała wokół jak makiem zasiał. Psia vuvuzela poderwała wszystkich pasażerów na równe nogi, ja skuliłam się na siedzeniu i przyciągnęłam Bonkersa do siebie tak, by był kompletnie niewykrywalny z żadnej ze stron, a kierowca jak nie rozdarł się na właścicielkę winowajcy ! I jak tu wytłumaczyć, że to był szczek prowokacyjno-zabawowy, że bez złych intencji, że z dobrego serca płynący – labradorza pani próbowała jak mogła, ja stawałam się jednością z fotelem coraz bardziej i lico mi pąsowiało, ale przecież się nie ujawnię, psy się zaczną kotłować z radości, a kierowcę trafi szlag, że mu się bestie rozmnożyły i zamiast jednej potencjalnie morderczej pary szczęk ma pary dwie, i dwie nawiedzone kobity przekonujące go totalnie bezcelowo, że one grzeczne, łagodne i konieczne do dalszej jazdy absolutnie. Wysiadłam na następnym przystanku i resztę drogi przebyliśmy pieszo. Pies mój był zachwycony.